Jeder neuer Tag ist wie ein neuer Test

Minął miesiąc od mojego ostatniego wpisu i jakoś nie potrafiłam w końcu siąść, wejść na „wpisy” i napisać coś nowego. A było o czym…

W ostatnim poście narzekałam na brak chęci do czegokolwiek i nadzieję, że moje dwa kursy szybko się skończą. Jak nie trudno się domyślić, niemiecki skończył się w czwartek, jak było planowane. Omówiliśmy nasz sprawdzian i jakoś tak minęły nam całe zajęcia. Na koniec otrzymaliśmy gratulacje i fajne dyplomy, na którym widnieje ocena bardzo dobra :) Zastanawiałam się, czy będę tęsknić za kursem… Póki co czuję ulgę, że nie muszę w każdy czwartek wybierać się do Mikołowa. Nie brakuje mi tych zajęć. Na razie…

Byłam również w trakcie robienia kursu na prawo jazdy i znałam datę egzaminu. Ostatnie jazdy zrobiłam dzień przed tym wielkim dniem. Instruktor dziwił się, że nie chciałam godzinki jazdy przed samym egzaminem — uznałam, że to bardziej mnie zestresuje. Próbował mnie namawiać, a kiedy nie dałam się, stwierdził, że chyba jestem jego pierwszą kursantką, która nie chce skorzystać z takiej okazji. Miałam szczęście, że w dniu egzaminu mój tata miał wolny dzień. Zawiózł mnie na egzamin i tkwił w ośrodku, dopóki nie miałam wszystkiego za sobą. Był takim duchowym wsparciem. Test teoretyczny zaliczyłam bezbłędnie, z czego bardzo się cieszę ;) Później musiałam czekać prawie godzinę, podczas której rozmawiałam z jedną dziewczyną (teorię zdawałyśmy w tej samej grupie) i jej mamą. W końcu wywołał mnie egzaminator…
No i zrobiłam z siebie idiotkę już prawie na samym początku. Trafiło mi się światło wsteczne i miałam wskazać, gdzie ono świeci… Nie wiedziałam tylko, że w tym cholernym aucie świeci tylko z prawej strony… Kiedy w końcu doszliśmy do tego, gdzie ono jest, byłam pewna, że mnie obleje. Ale, że kazał zrobić łuk, jakoś tak podniosło mnie na duchu. O mało bym go nie zawaliła, za wcześnie zaczęłam kręcić podczas jechania wstecz, ale w porę zareagowałam, więc mogłam pojechać dalej. I wjazd pod górkę — kolejna porażka. Ze stresu zapomniałam wrzucić bieg… Ale drugie podejście było wzorcowe ;)
I na miasto… Jeździłam około 40-stu minut. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zrobiła źle — tym razem zapomniałam wyłączyć kierunkowskaz po zmienieniu pasa, na co egzaminator zwrócił uwagę. Innym razem czepiał się, że jadę za wolno. Do dziś pamiętam ten paniczny strach, kiedy spytał mnie, ile można jechać drogą, którą właśnie jechałam 40 km/h. „Noo… 50” odpowiedziałam, modląc się, że tam nie było żadnego znaku z ograniczeniem prędkości, którego nie widziałam. Nie było. I egzaminator kazał mi przyspieszyć. W tym momencie sobie pomyślałam, że zdziwiłby się, gdyby wiedział, z jaką prędkością jeździłam na jazdach z instruktorem ;]
Miałam szczęście. Poza tymi dwoma incydentami na mieście na samym początku, potem już się nie odzywał z wyjątkiem „w lewo” albo „w prawo”, w zależności gdzie miałam jechać. Dodatkowo siedział tak rozluźniony i dosłownie rozwalony na fotelu, że rozkraczył nogę i trochę głupio mi było, kiedy zmieniając bieg zahaczyłam o jego kolano. Mimo że chciałam, żeby je odsunął, wolałam nic nie mówić. Lepiej się nie odzywać, chyba, że o coś pyta. Kiedy wróciłam, z jego wskazówkami zaparkowałam tyłem na placu manewrowym (nie jest wymaganie na egzaminie, więc miałam miejsca tyle, co by się 4 auta zmieściły i powiedział, w którym momencie mam wyprostować kierownicę;)) i na końcu powiedział 3 magiczne słowa: „Wynik egzaminu… pozytywny”!
Mimo wielkiej chęci nie wierzyłam, że uda mi się zdać za pierwszym razem. Dziś już patrzę na moje prawko (wczoraj odebrałam) i nadal w to nie wierzę… A mój instruktor? Moja koleżanka się zapisała na prawko, tam gdzie ja chodziłam i ma teorię właśnie z panem Markiem, który zastępuje gościa, co mnie wykładał teorię. Podobno często o mnie mówi. Oczywiście wspomniał nowym kursantom, że zdałam za pierwszym razem. Koleżanka od razu powiedziała mu, że mnie zna ;) W zeszłym tygodniu podobno powiedział o mnie, że po dziesięciu godzinach jeździłam tak, jak inni po dwudziestu ;) I że w ogóle dobrze jeździłam, mam jazdę we krwi itp. Mam nadzieję, że naprawdę będę dobrym kierowcą, ale póki co… muszę się uczyć jeździć ;) I to bez poczucia bezpieczeństwa w formie instruktora po mojej prawej stronie, który ma do dyspozycji hamulec =)

Podczas jazd, a nawet po, pan Marek nie chwalił mnie za jazdę ani nic, poza stwierdzeniem, że miałam duże szanse na zdanie egzaminu. Mój tata dopiero po egzaminie mi powiedział, że podczas ich rozmowy, instruktor mówił, że dobrze jeżdżę itp., co nawet tata mógł zaobserwować, gdyż wybrał się ze mną dwa razy. Po prostu obaj nic mi nie mówili, bym nie podeszła zbyt pewnie do egzaminu. Ale miło się słucha (czy w zasadzie czyta na gadu-gadu), że tak pozytywnie wypowiada się o mnie na wykładach ;) Z resztą sam, kiedy zadzwoniłam do niego po egzaminie, pochwalić się wynikiem, powiedział, że mam do niego przysyłać znajomych — o ile będą jeździć tak, jak ja ;]

Czerwiec tego roku zrobił mi się miesiącem wyjazdów. Ubiegły tydzień byłam z rodzicami w Sromowcach Wyżnych. W zeszłym roku było tak ciepło, że większość czasu spędziliśmy nad rzeką, do której od domu naszych gospodarzy jest z 100-200 metrów.  W tym roku pierwsze dni były trochę deszczowe, ale wykorzystaliśmy je na zwiedzanie. Trochę pokręciliśmy się po Niedzicy i Szczawnicy, gdzie obejrzeliśmy, co tam ciekawego jest. Poszliśmy nawet do Muzeum, w którym było kilka ciekawych i fajnych rzeczy :) Zwiedziliśmy zamki w Czorsztynie (tu w zasadzie ruiny) oraz Niedzicy. W tym drugim kręcono „Wakacje z duchami” i aż nabrałam ochoty, by znów je obejrzeć :) I oczywiście wpadliśmy na Słowację, gdzie zwiedziliśmy Czerwony Klasztor oraz wypiliśmy słowackie piwo :]
Miałam nadzieję, że w tym roku uda nam się pójść na Trzy Korony… Już nie pamiętam jak długo nie wybrałam się w góry! Niestety było za mokro i znów nie było możliwości pójścia na szlak… :( Z małym wyjątkiem pod górkę i z powrotem (nie pamiętam już jaką), gdzie była jakaś ścieżka przyrodnicza. Niestety musieliśmy zawrócić, bo zaczęło padać, ale te 20 minut gruntową drogą to było coś, czego tak bardzo mi brakowało i nadal brakuje…

To był mój pierwszy wyjazd w tym miesiącu, a drugi planuję już w czwartek. Mam zamiar zrobić coś, co w zasadzie powinnam była zrobić już dawno: Odwiedzić Klaudię ;) Nie potrafię się doczekać i mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie naszym planom ;)

A kiedy wrócę, muszę się zabrać porządnie za dwie rzeczy:

Jeszcze przed wyjazdem udało mi się skończyć pierwszą wersję mojej książki. To znaczy, jest napisana, ale muszę ją jeszcze porządnie, ale to bardzo porządnie dopracować. Mam nadzieję, że zejdzie mi to szybciej niż jej napisanie, ale czas pokaże… Chcę by była jak najlepsza…

A drugą jest sprawą, że muszę się zastanowić, co dalej… Nadzieje na znalezienie pracy są znikome… I powinnam pójść do jakiejś szkoły, czy coś… Ba, rodzice zapowiedzieli, że nie widzą innego wyjścia… I w zasadzie powinnam decyzję podjąć do końca miesiąca… Nie wiem, czy iść na studia… Po pierwsze boję się, że znów nie dam sobie rady, a naprawdę, nie widzę dla siebie innego kierunku niż germanistyka. Nawet jeśli po tym kierunku, nie wiem, co mogłabym robić — na nauczycielkę się nie nadaję. Ale zaś tłumaczenie np. książek byłoby interesujące. I znów dylemat, na który program iść: nauczycielski (jest angielski i to z tą świetną babką, może udałoby się, żebym uczyła się go od podstaw; jest też więcej szwedzkiego i są: pedagogika i psychologia, która mogłaby mi pomóc w pisaniu własnych książek) czy może kulturę (w której jest kultura i historia Niemiec, przydatna do tłumaczenia. Oraz nawet coś związanego ze Śląskiem w dalszych latach nauki. I zaleta dla leniwych: mniej przedmiotów i zajęć w tygodniu niż na nauczycielskim). Boję się, że nawet jeśli się dostanę (jeśli będą przyjmować tak jak w 2010 roku, to nie ma problemu z tym), to po semestrze znów zmienię status z „studentka” na „bezrobotna”. Nie mówiąc o tym, że straciłam zapał i ochotę na siedzenie cały dzień na uczelni i dojeżdżanie w jedną stronę 2 godziny…
Oczywiście są też inne opcje… Kursy, szkoły policealne, coś, gdzie można zyskać zawód. Poza tym, że to wszystko kosztuje, czasem i nie mało, jaką mam gwarancję, że dostanę pracę? Często „czuję, że do niczego nie mam kwalifikacji i jestem osobą niezatrudnialną.” Ogółem czuję się, że znalazłam się w takiej sytuacji, że którąkolwiek z tych dróg pójdę, zrobię źle i prędzej czy później trafię do tego samego punktu oraz będę się zastanawiać, co  mam zrobić.

Czy życie musi być takie skomplikowane? Czy może tylko ja jestem ofiarą losu nie nadającą się do „dorosłego życia”? No cóż, na dzień dzisiejszy tak się czuję…

Może macie jakieś pomysły, co jeszcze mogłabym rozważyć, a czego nie wzięłam pod uwagę?

Reklamy

3 thoughts on “Jeder neuer Tag ist wie ein neuer Test

  1. KASIA

    Na gg tak mało mi opowiadasz! :P gdybym nie czytała bloga to bym nie wiedziała ,że planujesz isc do szkoły ;p Hmmm ja bym ci polecała tą germanistykę kulture czy jakoś tak. Sama napisałaś ,że to zawód ,który Cie interesuje. Myśle też ,że jest spore zapotrzebowanie na tlumaczy :) ze szkół policealnych musisz popatrzec sobie kierunki. Czasem są takie same jak kierunki studiów ;O np. technik farmaceuta (pamietam,że kiedyś Cie to interesowało ;p ) Nie powinnaś sie z niechęcać tym czy znajdziesz po tym prace. Niestety ale żaden kierunek nie jest pewny…

    Odpowiedz
  2. miśka

    Fajnie , ze skonczylas ksiazke . krok w dobrym kierunku :) ja byn ci radzila isc na te tlumaczenia , teraz jest zapotrzebowanie na tlumaczow , co ma byc to bedzie i pamietaj nie poddawaj sie !

    Odpowiedz
    1. Inna_odInnych Autor wpisu

      Napisanie tego to dopiero połowa mojej pracy. Jak już wspomniałam, teraz to muszę dopracować, więc czeka mnie dużo roboty. Ale jak napisałaś, to taki dobry, mały kroczek i może uda mi się spełnić moje największe marzenie ;)
      Po obu tych programach można tłumaczyć książki i cokolwiek. Jest nawet jeszcze trzeci program do tłumaczenia, ale tych różnych prawnych i urzędowych rzeczy itp. więc dla mnie odpada :) Muszę rozważyć co wybrać i dokładnie przeanalizować wszystkie przedmioty… Najgorsze jest to, że na kulturze nie ma lektoratu z angielskiego… Samego języka mogę się nauczyć gdzieś indziej, iść na kurs (np. tam, gdzie chodziłam na niemiecki), ale tęsknię za tą nauczycielką :) W końcu to ona przywróciła mi wiarę, że jednak coś z tego angielskiego potrafię ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s