I po wakacjach…

Wszystko, co dobre, niestety szybko się kończy. Niestety i wakacje należą już do przeszłości. Teoretycznie jako studentka mam „lepiej”, ponieważ moje wakacje, w teorii, trwają aż 3 miesiące. Niestety w tym roku wrzesień znów był sesją poprawkową z egzaminem i jednym kolokwium. Jeśli dodać do tego praktyki, sierpień również można wykluczyć.

W zeszłym roku, kiedy nie zdałam egzaminu, starałam uczyć się przez całe wakacje. Oczywiście to mi nie wyszło, raz się uczyłam, potem mi się nie chciało i tak w kółko, ale niestety sprawiło to, że w ogóle nie odpoczęłam, będąc wiecznie zestresowaną, że powinnam się uczyć. Byłam tak wykończona psychicznie, można nawet stwierdzić, że przez 2 lata nie odpoczywałam, ponieważ nawet w wolne dni myślałam o studiach i tym, co powinnam robić. Dlatego w tym roku zmieniłam taktykę. Stwierdziłam, że przez cały lipiec nie będę robić nic innego, tylko leniuchować i odpoczywać. Najpierw pojechałam do babci, gdzie spędziłam kilka dni leżąc na hamaku albo leżaku i czytając książki, od czasu do czasu grając z kuzynką w badmintona ;) Po powrocie do domu, jeździłam z rodzicami nad jezioro, spałam i… czytałam. 12 dni, prawie całych, poświęciłam na obejrzenie serialu Zycie na fali, w tak krótkim czasie obejrzałam wszystkie 94 odcinki o.O… Naprawdę mnie to wciągnęło. Lipiec zakończyłam wyjazdem do Otmuchowa, nad jezioro.
Nie przejmowałam się niczym, nie myślałam o niczym, tylko o tym, żeby przeczytać jak najwięcej książek i maksymalnie się zrelaksować. I to był cudowny miesiąc, którego naprawdę potrzebowałam. Odpoczęłam psychicznie, dzięki czemu łatwiej jest mi dziś znaleźć motywację do działania.

W sierpniu miałam praktyki. Dzięki cudownym paniom bibliotekarkom były one tak lajtowe, że praktycznie moje słodkie lenistwo przeciągnęło się i na sierpień. Oczywiście musiałam spędzić kilka godzin tygodniowo w bibliotece oraz przygotowywać materiały na kurs dla dzieci, który prowadziłam. Ale miałam takie szczęście, że poza tymi dzieciakami nie miałam nic do roboty, więc dalej sobie leniuchowałam. I bliżej poznałam bibliotekarki, co bardzo mnie cieszy :)

Wrzesień to już koniec wakacji… Na początku przegrałam sprawę z Saturnem, o której już mi się nie chce pisać i o której w ogóle chcę zapomnieć. Wiem jedno: już nigdy nic tam nie kupię. Wmawiają, że wszystko działa prawidłowo, a przecież… nie działa.
W połowie miesiąca egzamin zdałam. Ledwo, ledwo, ale ponieważ przeprowadził go ze mną tylko „szef komisji”, który jest spoko facetem, ponieważ znienawidzona przeze mnie pani mgr, która również była w komisji, nie raczyła się pojawić tego dnia na uczelni ani nawet nikogo poinformować o swojej nieobecności, dostałam zaliczenie, szczególnie, że facet stwierdził, że zauważył, że chyba miałam jakieś problemy itp. (o których nie chciał nic wiedzieć :)). No tak, moim problemem był kompletny brak motywacji, na który chyba nadal trochę cierpię. A może już nie? Sama nie wiem…
Pod koniec września miałam kolokwium, którego nie zdałam. Nikt nie zdał. 6 osób z 10-osobowej grupy. Ale dostałam warunek, muszę tylko zapłacić… I 400 zł w d… :/ Miałam myśli, żeby w ogóle rzucić te studia, zrobiłabym to, gdyby rodzice nie zmusili mnie do ich kontynuowania. Nadal jestem zdania, że dyplomem będę mogła co najwyżej podetrzeć sobie tyłek, a pracy na pewno nie obronię w pierwszym terminie, o ile uda mi się ją w ogóle napisać, ale w tym semestrze mam fajny przedmiot z bardzo fajnym dr, na którym mogę się nauczyć rzeczy, które mogą mi się przydać później w przyszłości. W przyszłym semestrze również go będę mieć, ale niestety z kimś innym… O ile dr M. potrafi sypać radami, jak tłumaczyć, by było jak najlepiej i widać, że się na tym zna, to jeśli chodzi o dr G. zastanawiam się, czy ma jakiekolwiek doświadczenie w tej dziedzinie.

Na początku września pisałam o okresie próbnym moich postanowień… Trochę nie wyszło… Ale od początku października mam przypływ mobilizacji i póki co nieźle sobie z tym radzę. Tak samo, jak o dziwo, mam przypływ mobilizacji do nauki. Największą mobilizacją jest myśl, żeby zdać to cholerstwo za pierwszym razem i mieć to z głowy. Zobaczymy, jak z tym pójdzie. A co do pracy dyplomowej…  zapisałam się na seminarium literaturoznawcze i 13 tematów zaproponowanych przez panią dr jest tak beznadziejnych, że są dwie możliwości: wziąć coś, co będzie najmniejszym bólem, zacisnąć zęby i napisać pracę na ten temat albo wymyślić coś własnego, co zostanie zaakceptowane przez panią dr. Powoli kształtuje mi się pomysł na własny temat, ale obawiam się, że może odrzucić opowiadanie, które chcialabym wykorzystać, bo ma zbyt popularnego autora. Muszę znaleźć jeszcze jakieś drugie czy trzecie pasującego do tego tematu i jej to przedstawić. A może ktoś z was zna krótkie opowiadanie z literatury niemieckiej o motywie malarza? Albo również z polskiej literatury, bo takowe też mogę użyć, o ile istnieje tłumaczenie na język niemiecki.
Mam dość trochę czasu z tematem, do końca listopada, ale wiadomo… czas płynie o wiele za szybko. A i ja wolałabym mieć już konkretny plan działania, szczególnie, że w tym semestrze musimy oddać min. 10 stron pracy (która ma mieć w sumie min 25 stron).

Kolejne przepisy pojawią się wkrótce. Nie wiem, kiedy, zdjęcia zrobiłam, nawet możecie je już podziwiać w galerii, ale nie umiem się zebrać w sobie i spisać przepisy, żeby je Wam opublikować ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s