Książki #3

Dziś opinie książek z mojego listopadowego stosiku :) W międzyczasie coś do niego doszło i poprzesuwał się tak, że skończyłam go czytać dopiero kilka dni temu :)

James Sallis „Drive”

zobacz na LubimyCzytac.pl

Jakiś czas temu obejrzałam film na podstawie tej książki. Nie pamiętam, co sprawiło, że chciałam go obejrzeć. Pamiętam tylko, że miałam w stosunku do niego mieszane uczucia. Z jednej strony mi się podobał, z drugiej czegoś mi w nim brakowało… Pomyślałam, że książka może być lepsza (właśnie wtedy dowiedziałam się, że taka w ogóle jest) i od razu trafiła na moją listę „do przeczytania”.

Pierwsze, co rzuca się w oczy: ogromna czcionka. Jak w książkach dla dzieci. Co prawda to szczegół, ale rzucający się w oczy i trochę irytujący. Chociaż z drugiej strony przysypiałam nad tą książką, to wielkość czcionki ułatwiała mi jej czytanie.

Książka jest chaotyczna. Przez to trochę niezrozumiała. Bohaterowie się mieszają, chociaż wcale nie było ich tak dużo. A to wszystko do kupy sprawia, że mnie osobiście bardzo znudziła, nie potrafiłam skupić się na głównym bohaterze i właściwie czytałam tylko po to, żeby ją skończyć. Obejrzenie filmu nie pomogło mi w uporządkowaniu akcji, ponieważ film, a książka to dwie różne fabuły, połączone zaledwie kilkoma elementami.

Książki nie polecam. Jest jeszcze kontynuacja, podobno mniej chaotyczna i krótsza, ale nie mam ochoty po nią sięgnąć. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę na spotkanie z Kierowcą, poleciłabym film. Jasne, dużo przemocy, dużo krwi, ale jest ciekawszy od tej książki. No i Ryan Gosling… :) 4/10

“Życie przez cały czas wysyła nam sygnały – a potem siedzi na tyłku i zaśmiewa się, widząc, że nie potrafimy ich odczytać.”

Carlos Ruiz Zafón „Pałac Północy”

zobacz na LubimyCzytac.pl

Dawno słyszałam wiele dobrego o tym autorze i jego książkach. Postanowiłam sięgnąć po jedną z nich, padło na „Pałac Północy”. Właściwie nie pamiętam, skąd ten wybór. Jak się okazało, to drugi tom trylogii, o czym dowiedziałam się dodając tę książkę do przeczytanych na LC. Nic nie szkodzi, po przeczytaniu opisów mam wrażenie, że każda część jest o czymś innym, z czasem się dowiem, czy mam rację. Książkę czytało się jak pojedynczą powieść, nie miałam żadnego problemu z zorientowaniem się akcji.

Nie będę streszczać fabuły, ani nic w tym stylu. Przed zajrzeniem do książki, nie wiele o niej czytałam, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Z zaskoczeniem odkryłam, że to fantastyka, pojawia się magia (ale w innym sensie niż wymachiwanie różdżką czy inne hokus pokus), duchy, zjawy… Nie jest tego zbyt wiele, aczkolwiek na niej opiera się cała fabuła. Książkę czytało się lekko, przyjemnie – nawet jeśli wydarzenia takie nie były, pojawiło się parę zaskakujących elementów, szczególnie pod koniec powieści. „Pałac północy” nie jest książką, którą trzeba przeczytać, ale myślę, że warto to zrobić, ponieważ jest to dobra powieść. 7/10

“Diabeł stworzył po to młodość, byśmy popełniali błędy, a Bóg wymyślił dojrzałość i starość, byśmy mogli za te błędy zapłacić.”

Keri Arthur „Niebezpieczna rozgrywka”

zobacz na LubimyCzytac,pl

Tej książki nie było w stosiku, ponieważ a) przeczytałam ją teraz, bo nie chciałam brać ze sobą na kilkudniową wycieczkę zbyt wielu książek, b) potrzebowałam na tę wycieczkę e-booka na tablecie, żebym mogła coś czytać, kiedy będzie za ciemno na czytanie papierowej książki. Wybrałam „Niebezpieczną rozgrywkę”, ponieważ czytałam wcześniejsze części, a tę i tak musiałabym przeczytać jako e-book, bo w żadnej bibliotece jej nie ma.

„Niebezpieczna rozgrywka” jest czwartym tomem serii „Zew Nocy” i jednocześnie ostatnim wydanym w Polsce (w oryginale pojawiło się jeszcze kilka). Podobno to najbardziej znany cykl autorki, ale nigdy o niej nie słyszałam, poza tym, że trafiłam przypadkowo w bibliotece na pierwszą część i mnie zaciekawiła.

Główna bohaterka jest w połowie wilkołakiem, a w połowie wampirem. Przeważają u niej cechy wilkołacze, a u jej brata bliźniaka – wampirze. W powieści poza tymi dwoma gatunkami pojawia się cała masa innych nieludzi, również ludzie, demony, czarownice. Czyni to dość ciekawy świat, który urozmaica istnienie Departamentu, który jest jakby nieludzką policją (= ścigają nieludzi odpowiedzialnych za różnego rodzaju przestępstwa). Można powiedzieć, że to sprawia, że cykl ma potencjał: jednocześnie wpisuje się do mody wampirzej, z drugiej strony wyróżnia się na jej tle.

Nie jest to literatura górnych lotów. Właściwie to dość przeciętna książka. Takie guilty pleasure. Z jednej strony czyta się z przyjemnością, z drugiej pojawiają się sceny, wydarzenia, które chciałoby się wyrzucić z książki. Najgorszy jest seks, nieustające podążanie opętujące główną bohaterkę, szczególnie przed pełnią księżyca, oczywiście z powodu wilkołaczych genów… Jest tego po prostu za dużo.

Przeczytałam cztery części, bo jednak coś sprawiło, że w jakimś stopniu polubiłam Riley i jej przygody. Jak już wspomniałam, guilty pleasure. Gdyby piąta część została wydana w Polsce, prawdopodobnie bym ją przeczytała. Ale nie jest to pozycja, przy której chce mi się tracić czas na szukanie amatorskiego tłumaczenia. Z pewną ostrożnością mogłabym polecić cykl osobom, które szukają czegoś na poziomie „Zmierzchu”. Chociaż to kwestia gustu, stawiam je na mniej więcej podobnym poziomie. Z tą różnicą, że tu miłość nie gra głównej roli, jest jej dużo (nie tylko tej cielesnej), ale mimo wszystko ważniejszy jest wątek kryminalny, poszukiwanie przestępcy i uratowanie innych, by nie stali się jego ofiarami. 6/10

“Nie proś o rzeczy, których wcale nie chcesz – odparł ochrypłym głosem. – Bo może się okazać, że je dostaniesz.”

John Green „Szukając Alaski”

zobacz na LubimyCzytac.pl

Któż z nas nie słyszał o Johnie Greenie? Jest wśród Was ktoś, kto nie słyszał? Guzik prawda, o „Gwiazd naszych wina” musieliście słyszeć. Oczywiście najbardziej chciałabym przeczytać wspomnianą książkę, ale że w bibliotece było tylko „Szukając Alaski”, zdecydowałam się, że moją przygodę z panem Greenem rozpocznę właśnie tą pozycją, która jest również jego debiutem. Świetnie się składa.

Czytając tak wiele pozytywnych opinii o powieściach Greena można mieć zbyt wiele oczekiwań. Ja na szczęście ich nie miałam w stosunku do tej książki. Dobrze się składa, ponieważ nie powaliła mnie na kolana. Nie zachwyciła mnie. Nie sprawiła, że płakałam czy miałam inne gwałtowniejsze reakcje. Nie, ale… naprawdę mi się podobała. Dobra, przyjemna lektura, którą czyta się szybko i z zainteresowaniem. Skłania do myślenia i zastanowienia się nad paroma sprawami czy poszukiwania… nie, nie Alaski, ale odpowiedzi na pytań, w tym jedno, zadane właśnie przez Alaskę. Moim osobistym dodatkowym plusem jest to, że poczułam więź z głównym bohaterem, ponieważ znalazłam coś, co nas łączy. I to już na samym początku lektury.

Książkę polecam osobom, które poszukują powieści młodzieżowej o czymś, a nie o dupie Maryni. Miłość się pojawia, jak to w świecie nastolatków, ale nie ona jest tu najważniejsza. Co również jest ogromnym plusem, ponieważ wyróżnia się na tle wielu powieści młodzieżowych. 7/10

To, co wydaje się straszne, można przetrwać, ponieważ jesteśmy tak niezniszczalni, jak nam się wydaje. (…) Nigdy nie powinniśmy popadać w beznadziejność, ponieważ nie można zniszczyć nas nieodwracalnie. Uważamy się za niezniszczalnych, ponieważ tacy jesteśmy.”

Ed Sheeran, Phillip Butah „Graficzna podróż”

zobacz na LubimyCzytac.pl

Druga książka, której nie było w powyższym stosiku, a trafiła tu, ponieważ wygrałam ją w międzyczasie i jak tylko przyszła do mnie paczka, nie mogłam się oprzeć pokusie i musiałam ją przeczytać od razu. Wszystkiemu winna była faza na Eda Sheerana, która dopadła mnie po powrocie z wycieczki.

Książka jest dość krótka, co to jest 200 stron? Przeczytałam ją w 2-3 godziny. Po odwróceniu ostatniej strony, pierwsze, co przyszło mi do głowy: „już? to już koniec?” i lekkie ukłucie rozczarowania, pewnego niedosytu, chociaż nie potrafiłabym jednoznacznie wskazać, skąd on się bierze, czego tu brakuje. Ed jako artysta jest autentyczny i nie jest „piękny, jak chłopak z plakatu”, nie dąży do tego, co wiele razy podkreślał w tej książce. Autentyczność bije również z „Graficznej podróży”, w której przeczytamy o kilku sukcesach rudzielca, ale przede wszystkim o porażkach, rozczarowaniach i trudnej drodze, jaką musiał pokonać, by odnieść pierwsze sukcesy. Właściwie Ed skupia się bardziej na tej części, pisze również o chwilach zwątpienia: Wszedłem do środka, usiadłem, po czym się rozpłakałem. „Stary – wykrztusiłem – ja już dłużej nie dam rady”. Podkreśla, jak dużo musiał pracować, by do czegoś dojść. I to, dla przeciętnego czytelnika, może być pewnego rodzaju motywacją. W każdym razie ja się zmotywowałam: ciężko pracował, udało mu się. Dlaczego mnie ma się nie udać? Wystarczy, że ruszę swoje cztery literki.

Druga część książki została opracowana przez Philipa Butaha. Znalazło się miejsce dla jego tekstu, którego jest oczywiście nie wiele. Najważniejsze są jego prace: Portrety Eda i nie tylko jego, namalowane grafitem, długopisem, piórem, kredkami świecowymi i przede wszystkimi pastelami. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, widząc te prace, to: Jak można tak dobrze rysować?!

Książka jest przeznaczona dla fanów Eda Sheerana. Nie wiem, czy ktoś, kogo nie interesuje ten artysta, znajdzie w niej coś dla siebie. Chyba, że jest fanem sztuki i zachwycą go rysunki. Albo chciałby poczytać o kimś, kto naprawdę ciężko pracował, żeby znaleźć się tam, gdzie jest. Osoby, które chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej o prywatnym życiu Eda mogą się rozczarować. Chłopak skupił się głównie na opisaniu pracy, którą włożył w spełnienie swoich marzeń.

I jedna rzecz, która trochę mi przeszkadzała w książce: błędy. Pojawiło się trochę literówek, ale również błędy rzeczowe. Np. obrazek z okładki „+” został podpisany, jakoby powstał do albumu „X”. Może się czepiam, ale skoro ja, a nie wiele wiem o Edzie, znalazłam tego typu błąd, to zastanawia mnie, czy są takie, na które nie zwróciłam uwagi? 7/10

“Im więcej przeznaczamy na coś czasu, tym lepiej nam to wychodzi. Pisanie piosenek i granie koncertów przypomina odkręcanie kranu w starym domu: najpierw poleci z niego osad i brudna woda, ale im dłużej pozostawicie kran otwarty, tym szybciej pojawi się w nim czysta woda.”

Andrzej Sapkowski „Świat króla Artura. Maladie”

zobacz na LubimyCzytac.pl

Jaki jest efekt nieczytania opisów książki? Czasem człowiek jest szczęśliwy, ze go nie przeczytał, ponieważ czasem zdradzane są tam bardzo ważne wątki danej książki, więc treść może nas zaskoczyć. Czasami jesteśmy rozczarowani, bo nie doczytaliśmy, w jakim gatunku jest dana książka i spodziewaliśmy się czegoś innego…

Moja przygoda z tą książką była gdzieś pomiędzy. Tj. byłam zaskoczona, początkowo może rozczarowana, które z czasem przeszło. Po prostu nie doczytałam, że część pierwsza tj. „Świat króla Artura” to… esej. Paradoks jest taki, że będąc w maturalnej klasie szukałam tego typu książki i trafiłam na nią o 6 lat za późno.

Z jednej strony trudno było mi przebrnąć przez tę część. Mimo że ma zaledwie 160 stron, czytałam ją 2 tygodnie? Myślę że z 10 wieczorów na pewno na to poświęciłam, a i tak dużą część przeczytałam rano. Esej wymaga skupienia, a że zazwyczaj byłam zmęczona po całym dniu, po kilkunastu stronach odpływałam. Cały esej jest poświęcony legendom Arturiańskim, na które Andrzej Sapkowski spojrzał z kilku stron. Dowiadujemy się, ile wspólnego z historią mają legendy, jak zostały przedstawione w poszczególnych dziełach (do kilku z nich na pewno zajrzę), poznajemy bardziej szczegółowo bohaterów występujących w legendach… Esej godny polecenia osobom, które chciałyby się czegoś więcej dowiedzieć o legendzie, „jak to naprawdę było”. A że ja lubię fantastykę, lubię Merlina i całą resztę (duża w tym zasługa serialu „Przygody Merlina”) kontynuowałam czytanie książki, dzięki której pogłębiłam swoją wiedzę na ten temat (ciekawe, ile z tego będę pamiętać za kilka miesięcy :)). Właśnie ze względu na poruszany temat, nie tylko dałam radę przeczytać całość, ale nawet mi do głowy nie przyszła myśl, żeby porzucić tę książkę. No, ale… naprawdę, dlaczego nie trafiłam na nią wcześniej? Idealna pozycja do prezentacji maturalnej o czarodziejach, gdzie chciałam opowiedzieć o Merlinie, a ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. Poza tym Andrzej Sapkowski zaimponował mi swoją wiedzą na ten temat.

Drugą częścią jest opowiadanie „Maladie”. Oczywiście, jakby inaczej, o kilku bohaterach z legend Arturiańskich. Nie jest zbyt długie, jednocześnie fajnie się je czyta i z przyjemnością, dlatego za jednym razem przeczytałam je w całości. Jeśli ktoś lubi styl Andrzeja Sapkowskiego, powinno mu się spodobać.

Książka mnie zaskoczyła treścią. Teraz wiem, że jeśli będę potrzebowała czegoś, co da mi wiedzę o legendach o królu Arturze i rozłoży je na czynniki pierwsze, z pewnością powrócę do tej książki. 7/10

„Szukajmy Graala w sobie. Bo Graal – to szlachetność, to miłość bliźniego, to zdolność współczucia. Prawdziwe ideały rycerskie, ku którym warto i należy szukać właściwej drogi, przebijać się poprzez dziką puszczę, tam, gdzie, cytuję, “ni drogi nie masz, ni ścieżki.” Każdy musi swą ścieżkę odnaleźć sam. Ale to nieprawda, że jest tylko jedna ścieżka. Jest ich wiele. Nieskończenie wiele.”

Maciej „Zuch” Mazurek „Król biurowej klasy średniej”

Zobacz na LubimyCzytac.pl

Nie pamiętam, kiedy dokładnie poznałam Zucha, ale pamiętam, że od razu zakochałam się w jego komiksach, które poprawiają człowiekowi humor, a niektóre świetne oddają nasze codzienne sytuacje. Kiedy tylko dowiedziałam się, że pojawi się „Król biurowej klasy średniej” moją pierwszą myślą, było: muszę to mieć! Rzadko kupuję książki „w ciemno”, ale tę byłam skłonna kupić od razu, bez znania treści, ponieważ… ufam Zuchowi. Jakkolwiek to brzmi. Kupować nie musiałam, wyręczyła mnie w tym przyjaciółka, od której dostałam ją na urodziny. Dzięki! ♥

Od moich urodzin minęło kilka miesięcy, a ja przeczytałam ją dopiero teraz. Stos moich książek do czytania zaczął mnie trochę przerażać, haha. Ale muszę przyznać, że warto było czekać, ponieważ w międzyczasie zaczęłam pracować w biurze. Nie, nie w takim, w którym byliby graficy, ale w takim, w którym jest… informatyk. I pękałam ze śmiechu, kiedy była mowa o informatykach, a dosłownie płakałam, kiedy widziałam podobieństwa między zuchowymi informatykami, a informatykiem z mojej pracy. I oczywiście, postacie jak i sytuacje są w zabawny sposób przerysowane, ale jest w tym wszystkim sporo prawdy, dzięki czemu całość bawi podwójnie.

To właściwie nie jest taka ‚typowa’ książka. Mamy tu tekst w formie blogowych wpisów, trochę twittera, trochę poczty wewnętrznej między pracownikami (oraz szefem) i… sporo komiksów. Książka jest idealną pozycją dla każdego czytelnika blogów Zucha, z tą różnicą, że zamiast gapić się w ekran komputera, przewracamy kartki papieru. Jedyne, co miałabym do zarzucenia: za mało Pleśniaczka. Za mało, za mało, ZA MAŁO! Pojawia się w kilku komiksach, ale mam wrażenie, że od jakiegoś czasu Zuch go zaniedbał nie tylko na blogu, w książce również.

Cieszę się, że mam tę książkę. Czyta się ją świetnie, do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać i następnego dnia byłam jak zombie w pracy. Informatyk przyszedł do nas do biura i o mały włos nie popłakałabym się ze śmiechu na jego widok. Świetnie rozluźnia, bawi i wieczór jest od razu przyjemniejszy. Zaskoczyła (i przede wszystkim rozbawiła) mnie końcówka książki do tego stopnia, że chciałoby się czytać dalej. Na szczęście jest blog, a kto wie, może i Zucha natchnie na jeszcze jedną książkę? Nie miałabym nic przeciwko. Póki co polecam każdemu, komu spodobał się jakiś komiks autorstwa Zucha. Innym polecam jego stronę, a jeśli ją polubicie: koniecznie sięgnijcie po książkę. Cieszę się, że ją mam i jestem pewna jednego: jeszcze nie raz po nią sięgnę. Podbiła moje serce i mogę ją spokojnie zaliczyć do jednej z moich ulubionych książek. 9/10 

– A właściwie to dlaczego zdecydowałeś się na pracę w agencji? Ty, taki artysta, lekkoduch, a tu przecież prawie korporacja.
– Widzisz, ja bardzo lubię jasno określone zadania i jasny podział obowiązków. Wtedy o wiele łatwiej jest się od nich wymigać…

Alex Scarrow „Time Riders. Miasto cieni”

Zobacz na LubimyCzytac.pl

Na ogół nie przepadam za tematyką science fiction, podróżami kosmicznymi, podróżami w czasie i tego typu sprawami. Nie wiem czy to mój gust zaczął się zmieniać czy trafiam na dobre pozycje, które można określić jako sci-fi (książkowe i przede wszystkim filmowe), ponieważ coraz więcej dzieł z tego gatunku podbija moje serce. Mimo to nadal z ostrożnością sięgam po coś w tym stylu… „Time Riders. Miasto cieni” jest już szóstą częścią cyklu „Time Riders”, czyli „Jeźdźców w czasie”. Jestem pewna, że nie sięgnęłabym po ten cykl (mimo ciekawych okładek czy opisu), gdyby nie to, że ponad dwa lata temu wygrałam w konkursie pierwszą część. Właściwie to był pakiet trzech książek, z których tą, którą chciałam najbardziej, podobała mi się najmniej, a tę, do której nie miałam ochoty zaglądać, pokochałam całym sercem. Jak już miałam „Jeźdźców w czasie” w domu, to bez przekonania zaczęłam czytać i… cholernie się cieszę, że to zrobiłam, bo ta seria jest naprawdę godna polecenia.

Cykl powinien się spodobać ogromnej ilości osób: tym, którzy lubią tematykę podróży w czasie. Tym, którzy lubią historię. Tym, którzy lubią gdybanie: co by było, gdyby ktoś odkrył, kim jest Kuba Rozpruwacz? Co by było, gdyby ktoś ostrzegł Hitlera przed jego klęską? Co by było, gdyby ludzie z naszej przyszłości przenieśli się do Starożytnego Rzymu chcąc zmienić świat, by ostatecznie nie uległ zagładzie…? W każdej części autor przedstawia nam swoją wizję, alternatywne rzeczywistości, które mogłyby się wydarzyć. Z części na część robi się coraz ciekawiej, ponieważ pojawia się coraz więcej pytań dotyczących głównych bohaterów oraz tajemniczej Pandory. „Miasto cieni” częściowo odpowiada na te pytania – a odpowiedzi są tak zaskakujące, że nadal przecieram oczy ze zdumienia. Nie oznacza to jednak, że wszystko się rozwiązało. Pytań nadal wiele pozostało, doszło kilka kolejnych…

O ile po pierwszej części miałam myśl: „Jasne, sięgnę po drugą, bo to jest fajne i ciekawe”, tak z każdą kolejną ciekawość wzrasta, aż przy czwartej czy piątej człowiek myśli: „Umrę, jeśli nie przeczytam kontynuacji!”. Nie inaczej jest po przeczytaniu „Miasta cieni”. Naprawdę, UMRĘ JEŚLI NIE PRZECZYTAM KONTYNUACJI. Mam nadzieję, że w przyszłym roku pojawi się w Polsce i będę mogła od razu pobiec do księgarni i ją zakupić. Po przeczytaniu „Miasta cieni” nie tylko ma się ochotę sięgnąć po ciąg dalszy, ale wrócić do poprzednich części, by przeżyć losy bohaterów z pełną świadomością tego, kim naprawdę są. I wiem, że to zrobię. Wiem, że zaopatrzę się w wszystkie części (mam niestety tylko dwie). Wiem, że przeczytam wszystko jeszcze raz. I wiem, że przeczytam kontynuację. Jeśli wydawnictwo Zielona Sowa nie zawiedzie – przeczytam je po polsku. Jeśli nie… będę musiała spróbować swoich sił w języku niemieckim bądź angielskim. To jest seria, której nie można porzucić. Szczególnie w tej chwili. Więc polecam ją wszystkim i jednocześnie ostrzegam: uzależnia. 9/10 

„- Pamiętam pewien cytat – powiedział Liam. – Ale nie wiem, czy się przyda.
– Śmiało, mów.
– Wielka władza to wielka odpowiedzialność.
– To z… Szekspira?
– Ach… nie. Ze Spider-Mana.”

Agata Christie „Zatrute pióro”

Zobacz na LubimyCzytac.pl

Każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą zna Agatę Christie, chociażby ze słyszenia. Poznałam jej nazwisko dzięki mojej mamie, ponieważ gdy byłam dzieckiem i szłam do biblioteki, mama prosiła mnie, żebym wypożyczyła coś dla niej, najczęściej jakąś książkę Agaty. Wtedy oczywiście nie zaglądałam do tych książek, ale w końcu nadszedł czas (niestety nie pamiętam dokładnie kiedy), że w końcu i ja przeczytałam jej książkę.

Nie ważne czy Agacie wyszło lepiej czy gorzej, do tej pory nie trafiłam na jej książkę, która kompletnie by mi się nie spodobała. Może to zależy od stylu pisania autorki, może zależy od samego gatunku, który bardzo lubię – niezależnie od tego, czy mowa o książkach, filmach czy serialach… Agata jest jedną z tych autorek, po którą zawsze z chęcią i przyjemnością sięgnę.

„Zatrute pióro” nie jest najlepszą książką Agaty. Powiedziałabym, że jak na nią, jest dość przeciętna. W porównaniu z wszystkimi kryminałami, stwierdziłabym, że to dobra książka, po którą warto sięgnąć, ale nie należy spodziewać się rewelacji. Miło się czyta o mieszkańcach małego miasteczka z punktu widzenia Jerry’ego, który dopiero tam przyjechał. Razem z nim dowiadujemy się, że mieszkańcy otrzymują obraźliwe anonimy – tajemniczy nadawca nie oszczędził również jego i siostry. Jak każdy mieszkaniec zastanawia się, kto jest autorem, szczególnie po samobójstwie jednej mieszkanki, która pozbawiła się życia właśnie po takim liście… Dzięki temu, że pomaga policji, możemy się dowiedzieć więcej o tej sprawie, ale nawet nasz główny bohater nie wie wszystkiego. I to jest właśnie takie… z braku lepszego słowa… urocze: Czytelnik wie tylko to, czego dowiedział się główny bohater. A później pojawia się morderstwo, więc poszukiwania autora anonimów jest jeszcze ważniejsze niż było wszystko.

O ile często w kryminałach staram się zgadnąć, kto był mordercą, tutaj tego nie próbowałam: za dużo podejrzanych. Właściwie każdy mógł być autorem tych listów. Być może dlatego z jednej strony nie byłam zaskoczona faktem, kto i dlaczego to robił. Z drugiej strony byłam zaskoczona, ponieważ autorka poświęciła mało miejsca temu bohaterowi, dlatego czytelnik nie zwracał na niego większej uwagi, a więc… go nie podejrzewał.

Książka jest krótka (co to nie całe 200 stron?), przyjemna, nazwałabym ją nawet lekką. Jeśli ktoś lubi kryminały, szczególnie Agaty, i ma 1 czy 2 wolne wieczory, polecam. Jeśli ktoś oczekuje efektu „wow” od mistrzyni kryminałów, radziłabym sięgnąć po inną pozycję. Pewnie w przyszłości sięgnę po tę książkę, ponieważ polubiłam bohaterów, szczególnie pannę Megan. Miła istotka. 7/10

„Jeżeli ktoś się czuje pokrzywdzony, ignorowany, rozczarowany, a jego życie jest puste i monotonne, to gdy mu się uda zadać komuś szczęśliwemu i cieszącemu się życiem cios w plecy, daje mu to poczucie siły.”

I tak jeszcze w temacie Eda :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s