Filmy #12

Kilka dni temu WordPress przypomniał mi, że ten blog ma już… 4 lata! Ale ten czas leci, aż nie mogę w to uwierzyć. Dziś zapraszam na kolejne opinie o filmach. Mogłoby się wydawać, że nie robię nic innego niż oglądanie filmów w kinie :)

W przypadku ostatniego z nich miałam „prywatny seans” :D Piątek, godzina 16:40 i byłam jedynym widzem. Oczywiście jak zwykle spóźniona, podeszłam do pracowników, którzy wpuszczali mnie na salę. Jeden z nich odczytuje bilet i z takim zdziwieniem: „Sala piąta”. Drugi na to: „A nie mówiłem?”. Zakładali się, czy ktoś w ogóle przyjdzie na ten seans? :)

Dama w vanie (2015)

Zobacz na Filmweb.pl

Na film poszłam tylko i wyłącznie dla Maggie Smith grającą główną rolę. Nawet nie obchodziło mnie, o czym będzie film. Może to przeczucie, że tak dobra aktorka nie zagra w byle czym?

Film wciąga od pierwszej chwili. Widzimy czarny ekran, ale słyszymy ryk motocyklu, następnie bum, brzdęk i widz wie, że coś się musiało stać. Potwierdza to pierwsza scena, którą widzimy: Panna Shepherd (Maggie Smith) ucieka przed policją, przednia szyba jej vana jest pęknięta oraz pełno na niej krwi. I chociaż podejrzewamy, co się wydarzyło, a nawet wydaje nam się, że to wiemy, nie jesteśmy tego pewni do samego końca.

Następnie widzimy pannę Shepherd już jako kobietę, która mieszka w vanie. Bohaterka wywołuje całą gamę uczuć. Z jednej strony jej współczujemy, ale gdy widzimy jej zachowanie w stosunku do innych, gdy nie potrafi nikomu podziękować, jest opryskliwa itp. – wkurza widza. Jednak koniec końców jak już wzbudziła naszą sympatię, nie straci jej aż do końca. Zdecydowanie jest to jedna z najciekawszych postaci, jakie widziałam w jakimkolwiek filmie.

Poza nią głównym bohaterem jest Alan Bennett, pisarz, który pozwala pannie Shepherd zaparkować jej vana na swoim podjeździe na kilka tygodni. Ostatecznie kilka tygodni przerodziło się… w ponad 15 lat. Alan obserwuje bohaterkę i chociaż mówi różne rzeczy, widać, że ją lubi i dba o nią, jak tylko może. Dzięki dialogom ze samym sobą, wiemy doskonale, co myśli (uwielbiałam sceny z Alanem-pisarzem i Alanem-prowadzącym-normalne-życie, czy jak inaczej to ująć). Aż trudno uwierzyć, że to… wydarzyło się naprawdę. Dodatkowo film był kręcony tam, gdzie działo się to naprawdę.

Jak to mówią… nie chwal dnia, przed zachodem słońca. Niestety w filmie jest jedna drobna wada: zakończenie. Właściwie mam na myśli jedną z ostatnich scen. Gdyby całość się skończyła w momencie, kiedy panna Shephard ze śmiechem mówi: „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”, dałabym 10/10. Niestety, to, co pojawiło się chwilo później, trochę mi popsuło odbiór całego filmu :(

Jeśli zniechęca kogoś, że to „kolejny dramat” (sama chwilę się zastanawiałam, czy znów oglądać dramat, ileż można?), nie zapominajcie: to brytyjski film. W całą dramatyczną historię jest wpisane tyle humoru, który mnie zdecydowanie się kojarzy z Brytyjczykami. Dzięki niemu film nie jest ciężki, ale świetnie wciąga, świetnie się na nim bawiłam i długo go nie zapomnę. Kurczę, nawet z chęcią zobaczyłabym go jeszcze raz. Naprawdę warto. 9/10 

Zmartwychwstały (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Film obejrzałam głównie z powodu Toma Feltona. Miło zobaczyć go w nowej roli, ale oczywiście nie mogłam powstrzymać śmiechu, gdy sugerował palenie czarownic… No błagam, coś takiego w ustach Dracona Malfoya? Hahaha. I niestety było go za mało, chciałabym więcej, więcej, więcej!

Drugim powodem była sama fabuła. Nie jestem zbyt religijna, więc kolejna opowieść o Jezusie i jego naukach, śmierci, bla, bla, bla by mnie nie zachęciła. Ale „Zmartwychwstały” opowiada o tym z punktu widzenia… Rzymianina, który prowadzi śledztwo, szukając ciała ukrzyżowanego Nazarejczyka.

Oczywiście śledztwo nie jest tak porywające jak w filmach czy serialach kryminalnych. Ale mimo to dobrze się całość ogląda, scena, w której Clavius w końcu odnajduje Jezusa… jest świetna. W każdym razie mnie się bardzo spodobała. I konsekwencje, jakie z tego wniknęły… Ku mojemu zaskoczeniu film mnie bardziej wciągnął, niż się spodziewałam. Początkowe sceny trochę mnie nudziły, ale potem się wszystko rozkręciło. Nie jest to arcydzieło, ale ze względu na przedstawiony punkt widzenia, warto go obejrzeć. 7/10

Cuda z nieba (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Przed świętami zrobiłam sobie tydzień w ich klimacie. Najpierw „Zmartwychwstały”, a w Wielki Piątek coś o cudach. Film zaciekawił mnie nie tylko ze względu na samą historię, ale dlatego… że jest na podstawie prawdziwych wydarzeń.

Teoretycznie widząc zwiastun filmu, poznajemy całą historię: ciężko chora Anna spada z drzewa, na wskutek czego została cudownie uzdrowiona i twierdzi, że rozmawiała z Bogiem. Spieranie się, czy faktycznie z nim rozmawiała czy nie jest bezcelowe – to kwestia wiary. Pozostaje fakt, że wyzdrowiała mimo że była chora na nieuleczalną chorobę. To co najbardziej mi się podobało, to pokazanie pod koniec filmu prawdziwej Anny i jej rodziny.

Bałam się, że to będzie kolejny łzawy film, na który szkoda czasu. Na szczęście zostałam pozytywnie zaskoczona. Było kilka momentów, podczas których się uśmiechnęłam, nie było przesadnie łzawych scen (nie popłakałam się ani razu, ale pewnie dlatego, że dwie idiotki w kinie burzyły mi klimat i słysząc ich paplanie trudno było się skupić), więc nie wywołało to nie wiadomo jak wielkich uczuć, ale mimo to, a może dzięki temu, całość oglądało się z przyjemnością. Naprawdę, podobało mi się. Więc jeśli macie ochotę popatrzeć na coś z happy endem, polecam. Szczególnie, że „cuda” to nie tylko wyzdrowienie dziewczyny… Świetnie ukazano na końcu inne cuda, które wydarzyły się w życiu tej rodziny: to po prostu zachowania innych ludzi i ich decyzje. Każdy z nas może być takim „cudem” w życiu drugiego człowieka. 8/10

Niesamowita Marguerite (2015)

Zobacz na Filmweb.pl

Jeden przymiotnik świetnie oddaje, jaki jest ten film: niesamowity. Naprawdę. Naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył, głównie z powodu niesamowitej Marguerite, a właściwie niesamowitej Catherine Frot, która zagrała główną rolę. Nie wiem, na ile w tym zasługa scenariusza, a na ile samej Catherine, ale postać Marguerite jest tak wyjątkowa, że po prostu nie można jej nie polubić. To ona jest najjaśniejszym punktem i patrząc na nią prawie cały czas się uśmiechałam. Dawno… a może nigdy… nie czułam takiej sympatii do bohatera filmu, jaką poczułam do Marguerite.

Podczas filmu uśmiechałam się patrząc na Marguerite, gdy robiła to, co kochała i widząc jej autentyczną radość. W tych chwilach była szczęśliwa, nawet jeśli to było iluzją. Niestety widz widzi również rzeczywistość, ludzi wokół niej, którzy cały czas ją okłamują i utrzymują w tej iluzji, ponieważ żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć jej prawdy. I chociaż ona tego wszystkiego nie widzi, coś jednak wyczuwa, bo szczególnie na początku, można wyczuć jej samotność. Na to zwraca uwagę też inny bohater, o czym mówi… I właśnie to wszystko sprawia, że autentycznie współczuje się Marguerite.

Każdy z nas pragnie pochlebstw, ale tak sobie myślę, że nie chciałabym być tak okłamywaną przez ludzi, którzy powinni być szczerzy. Nie zależnie od ich intencji, co również zostało świetne ukazane: ktoś okłamywał ją z miłości, ktoś inny z braku odwagi… Piękny film i daje do myślenia. I chociaż nie jest to biografia, historia została zainspirowana życiem F. F. Jenkins. Co ciekawe, w przyszłym miesiącu do kin ma trafić film inspirowany tą samą historią. A że w „Boskiej Florence” zagrała Meryl Streep, z pewnością będzie mieć o wiele lepszą promocję. Z chęcią pójdę zobaczyć, który film o „najgorszej śpiewaczce świata” jest lepszy :) Póki co Marguerite wysoko postawiła poprzeczkę i daję jej 9/10

Reklamy

4 thoughts on “Filmy #12

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s