Koncert Bednarek Band

22 kwietnia jest dla mnie szczególnym dniem, które świętuję jako moje „drugie urodziny”. To był dzień w którym moja depresja osiągnęła punkt kulminacyjny i próbowałam ze sobą skończyć. Od tamtej pory, każdego roku, przypominam sobie, co przeżyłam i co udało mi się przezwyciężyć. Już w pierwszą rocznicę miałam co świętować: byłam w trakcie leczenia i wierzyłam, że mi się uda z tego wyjść. W tym roku minęła ósma rocznica i to było moje wyjątkowe święto…

Początkowo widząc, że Kamil Bednarek wraz z zespołem zagra w Katowicach, zastanawiałam się, czy pójść. Byłam już na dwóch ich koncertach i świetnie się bawiłam. Ale mam ze sobą jeden problem: jestem leniwa i po prostu nie chce mi się  często ruszać tyłka z domu. W tym roku z tym walczę: jednym z przykładów są moje bardzo częste wypady do kina. I dlatego pomyślałam, że wypadałoby ruszyć tyłek na ten koncert. Jednak, gdy uświadomiłam sobie, że odbywa się on 22 kwietnia, stwierdziłam, że muszę na niego iść. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego świętowania, że żyję, jestemoddycham niż na koncercie bardzo lubianego przeze mnie zespołu, którego muzyka kojarzy mi się właśnie z radością, szczęściem i cieszeniem się z życia, daje siłę, motywację i energię do działania, a koncerty tylko potęgują te uczucia. Poszłam na ten koncert. I coś Wam powiem: To był genialny pomysł, żeby właśnie w ten sposób świętować to, że żyję. To było najlepsze świętowanie moich „drugich urodzin”.

Koncert zaczął się o równej 20:00 i na scenę wszedł zespół, o którym nigdy dotąd nie słyszałam. I tak myślę, że zaznajomię się bliżej z Roots Rockets. Wokalista Beniamin zachwycił mnie swoim głosem. Cały zespół wypadł bardzo dobrze. Już od pierwszej piosenki zaczęłam dobrze się bawić, nie wiem, jak brzmią ich piosenki na płycie, w każdym razie na żywo wypadają świetnie. Mam nadzieję, że będę mieć okazję usłyszeć ich nie raz. W sumie na scenie byli około 50 minut i chociaż czekałam na Kamila, nie miałam ich dość i trochę żal mi się zrobiło, że już musieli zejść ze sceny i nie zagrali jeszcze kilku utworów.

Przerwa techniczna trwała ok 25 minut. I w końcu na scenie pojawił się zespół Kamila, a on – najpierw coś mówiąc i rozpoczynając piosenkę jeszcze za kulisami (do zobaczenia na jego Facebooku) – wskoczył na scenę jako ostatni. Od samego początku do końca świetnie się bawiłam, Kamil świetnie łapie kontakt z publiką. I właściwie nie będę opisywać wszystkiego po kolei, powiem tylko to, co najbardziej zapadło mi w pamięć:

Jednym z pierwszych takich fajnych momentów, było wspólne odśpiewanie „Dni, których jeszcze nie znamy”, kiedy to Kamil poprosił, byśmy wszyscy złapali się za ręce i podnieśli je do góry. Że tylko razem, we wspólnocie jesteśmy najsilniejsi. Pewnie to stały punkt w jego koncertach (w czerwcu w Rudzie Śląskiej było to samo), ale jest on tak wspaniały, że zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem spodobało mi się to złapanie za rękę osób obok, nawet jeśli ich nie znałam, i podniesienie tych rąk do góry.

Jak nie lubię piosenki „Euforia”, tak muszę przyznać, że na koncertach spisuje się świetnie. Nie pamiętam, jak odbierałam ją na poprzednich, ale na tym wyszła fantastycznie. Spodobało mi się, kiedy nagle „wysiadł prąd”. Oczywiście w odpowiednim miejscu (kto nie wie, o co chodzi, niech sprawdzi tekst), więc wiadomo że to było zaplanowaną częścią koncertu. Właściwie coś podobnego zrobili jeszcze chyba dwa razy, też w odpowiednich miejscach w innych utworach (przy „stop” czy czymś takim).

Jeden moment koncertu zapamiętałam szczególnie i myślę, że długo go nie zapomnę. Pierwszy raz zdarzyło mi się rozpłakać na tego typu wydarzeniu. I nie, nie dlatego, że „zobaczyłam Bednarka”. Nawet nie chodziło o bardzo wzruszającą piosenkę. Lecz o to, co Kamil kazał zrobić publice. Radek grał spokojnie na klawiszach, a Kamil, jak to on, zaczął nawijać. I najpierw nawijał o przyjaciołach, kazał nam, to znaczy słuchaczom, przytulić bliską osobę, która stoi obok nas. Ja jak zwykle byłam sama, więc tylko pomyślałam o moich przyjaciołach i że chociaż nie było ich przy mnie na tym koncercie, wiem, że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. Następnie poprosił nas, żebyśmy zamknęli oczy (powiem szczerze, że na takim koncercie nie jest to łatwe :D) i żebyśmy wyobrazili sobie, jak spełnia się nasze marzenie. Po kilku sekundach kazał nam podnieść zaciśniętą pięść do góry i dwa razy krzyknąć „zrobię to”. No i… tak się wzruszyłam, że łzy mi pociekły po twarzy. Właściwie z dwóch powodów: naprawdę widziałam przed oczami, jak spełnia się moje marzenie i to było takie piękne… I dało mi takiej motywacji, żeby ruszyć swoje leniwe cztery literki i zacząć walczyć o jego realizację… Ale też uświadomiłam sobie coś innego: 8 lat temu moim największym marzeniem było po prostu odnaleźć szczęście i radość w życiu. I podczas tego koncertu dotarło do mnie, że to najważniejsze marzenie się spełniło. W każdym razie w tym momencie mojego życia jestem szczęśliwa. No i te łzy ocierałam jeszcze przez całą „Ciszę”, która została wykonana w najpiękniejszej wersji, jaką kiedykolwiek słyszałam. Możecie ją posłuchać tutaj, ale oczywiście na żywo brzmiało to o wiele lepiej.

Kiedy skończył się koncert, nie mogłam uwierzyć, że to już. W pierwszym momencie byłam trochę rozczarowana, co tak krótko, ale… spojrzałam na zegarek i z zaskoczeniem odkryłam, że Kamil był na scenie 1,5 godziny! Z małą przerwą, kiedy zespół zszedł ze sceny, po czym wrócił na bis. Niesamowicie szybko czas minął, bawiłam się 2,5 godziny (razem z supportem) i nie miałam dość.

Po koncercie postanowiłam zostać jeszcze trochę. Pół godziny później Kamil wyszedł do fanów, dość sporo ludzi się zebrało. Udało mi się dostać jego autograf, przedwcześnie złożyć mu życzenia urodzinowe (uśmiechnął się i podziękował), oraz wręczyć mu mój list, w którym opisałam mu wpływ jego muzyki na mnie i moje życie (na wiosnę, kiedy kończyłam studia, jego muzyka dawała mi siłę i motywację do działania, której bardzo potrzebowałam). List wziął i pozostaje mi mieć nadzieję, że go nie zgubił i przeczyta. Szkoda tylko, że prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, czy do niego zajrzał.

I muszę przyznać, że ten koncert był zdecydowanie najlepszym koncertem mojego życia. Oczywiście znaczenie dnia, w którym on się odbył, też było istotne na mój odbiór całości. Cieszyłam się, że osoby przede mną i wokół mnie tylko sporadycznie robiły filmiki, więc nie musiałam całego koncertu oglądać na czyimś telefonie. Wiem, że długo nie zapomnę tego koncertu i uświadomiłam sobie, że muszę znacznie częściej chodzić na tego typu wydarzenia :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s