Filmy #26

Zapraszam na recenzje kolejnych filmów. Jakbyście mieli ochotę coś obejrzeć, to jeszcze są w kinach :)

Randka na weselu (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Od jakiegoś czasu mam słabość do Zaca Efrona (chyba już to wspominałam podczas którejś z recenzji) i właściwie poszłam do kina tylko dla niego. Poza tym wydawało mi się, że to będzie głupia, żałosna, amerykańska komedyjka. Byłam zaskoczona, że choć jest to lekka i odmóżdżająca komedia, to nie była taka zła. Było kilka głupich scen, ale podczas większości filmu świetnie się bawiłam.

Zac Efron i Anna Kendrick, a właściwie ich bohaterowie, wypadli uroczo i właściwie od początku miałam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Szczególnie, że każde z nich było „lepszą połówką” – Dave był zdecydowanie poważniejszy od swojego brata, a Alice była zranioną dziewczyną, która nie mogła się pozbierać. Niestety gorzej wypadają „gorsze” połówki, które nie do końca wiedzą czego chcą od życia, poza tym, że nie chcą stracić tych, którzy są dla nich najważniejsi. Niestety byli oni czasami irytujący, szczególnie Aubrey Plaza – rola Tatiany bardzo przypominała mi Lenore z „Co ty wiesz o swoim dziadku?”. Dość podobne, „wulgarne” postacie, podobna gra…

Jedyne, co najbardziej utkwiło mi w pamięci to słowa Dave’a podczas rozmowy z Alice, który pytał ją, czy też boi się swoich marzeń, bo czuje, że na to nie zasługuje i dlatego nawet nie próbuje ich spełnić? Niestety z pamięci nie mogę spisać słowo w słowo całego cytatu, ale myślę, że zachowałam sens. W każdym razie to zdecydowanie najmądrzejsze słowa w „Randce na weselu”. Trafiły do mnie szczególnie, że… czuję dokładnie to samo. 7/10

Jak zostać kotem (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Właściwie ten film mnie nie interesował, ale moi rodzice bardzo chcieli pójść, a do „Paszportu Filmowego” bratanka brakowało tylko jednej nalepki (niestety za 5 nalepek nagroda była tak rozczarowująca, że szkoda gadać. Cinema City mogło się bardziej postarać i dać coś lepszego niż bidon z „Epoki Lodowcowej”), więc w sumie poszłam, nastawiając się na przeciętny film familijny. Coś na poziomie „Szajbusa…” albo jeszcze słabszy.

Czy ja wspominałam, jak bardzo lubię, kiedy film jest lepszy niż zwiastun? Zwiastun zrobiono tak, że właściwie fabuła filmu nas zaskakuje. Nie mówiąc o tym, że kilka scen zostało w nim zmienionych, coś nawet wycięto z filmu. Ogółem film o wiele lepiej się oglądało, fabuła wciągała, było wiele uroczych i zabawnych scen. W ogóle na samym początku pokazano kilka zabawnych scen z kotami z YouTube’a, co było pozytywnym początkiem seansu. Sam dubbing też nie raził i brzmiał o wiele lepiej niż w zwiastunie.

„Jak zostać kotem” jest o wiele lepszym filmem niż zapowiada to tytuł, reklamowanie go, że dubbinguje go Tomasz Kot (a któż by inny?) czy zwiastun. To naprawdę przyjemna i zabawna komedia familijna, którą mogę spokojnie polecić. Aż chciałoby się kupić takiego kotka (tak, chciałabym mieć zwierzaka, ale dopóki nie wyprowadzę się z domu raczej nie mogę na to liczyć), ale… po tym filmie trochę bym się bała, że trafię na takiego sprzedawcę, na jakiego trafił Tom Brand. 7/10

Boska Florence (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Już Wam wspominałam o tym filmie w mojej opinii o „Niesamowitej Marguerite”, która w kwietniu gościła na ekranach naszych kin. Oba filmy są zainspirowane tą samą historią Florence Foster Jenkins, znanej jako „najgorsza śpiewaczka świata”. Co różni oba filmy? Ten, który dopiero co wszedł na ekrany film, możemy nazwać filmem biograficznym, natomiast francuska wersja jest tylko zainspirowana tą historią, ale dość luźno na niej opartą, dlatego to właściwie dwie różne opowieści o kilku wspólnych elementach.

Przez połowę filmu siedziałam z uśmiechem na ustach. Trójka głównych bohaterów, a więc niesamowita Florence, jej mąż St. Clair i jej pianista Cosme świetnie ze sobą współgrali i wzajemnie się uzupełniali. Chociaż początkowo dość negatywnie odbierałam męża Florence, ze względu na jego drugą kobietę, przestałam mu mieć to za złe, gdy zobaczyłam jego oddanie żonie oraz poznałam ich historię. Czasami bywały chwile, że nie wiedziałam, na kogo patrzeć: Meryl Streep, Hugh Granta czy Simona Helberga. Poza nimi w pamięć zapadła mi również Nina Arianda i jej bohaterka Agnes Stark, która zyskuje w oczach pod koniec filmu.

Historia Florence jest sama w sobie inspirująca: Chociaż nie miała głosu, czego nikt nie miał odwagi jej powiedzieć, a nawet utwierdzano ją w przekonaniu, że ma świetny głos, osiągnęła niebywały sukces: jej nagrania były największymi bestsellerami studia Melotone Recording Studio i wystąpiła na Carnegie Hall. Film skupia się na jej karierze i gdy się ogląda, pojawia się motywacja, by samemu zrobić coś, co się kocha, niezależnie od tego, na ile to potrafimy robić. Jedna z ostatnich scen świetnie to podsumowuje, kiedy padają prawdziwe słowa Florence: „Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam.”

Jak wspomniałam w kwietniu, „Niesamowita Marguerite” wysoko podniosła poprzeczkę. Cieszę się, że oba filmy tak bardzo się od siebie różnią, dzięki czemu oglądanie każdego z nich było dla mnie ogromną frajdą. Jeśli się zastanawiacie, czy obejrzeć „Boską Florence”, mogę Wam spokojnie polecić. Ale… muszę powiedzieć, że bardziej pokochałam Marguerite. Trudno powiedzieć, na ile to zasługa scenariusza, a na ile aktorki, francuska wersja „najgorszej śpiewaczki świata” bardziej mnie oczarowała. 8/10

Czerwony kapitan (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Zwiastun zapowiadał ciekawe śledztwo, które rozpoczęło się od przypadkowego odnalezienia starych zwłok z gwoździem w czaszce. Richard Krauz – ambitny detektyw z Wydziału Zabójstw – dąży do rozwiązania tej sprawy, chociaż od morderstwa minęło kilkanaście lat, a i wokół niego robi się coraz niebezpieczniej…

Mnie osobiście film się spodobał. Oj, nie wiem, czy to zasługa Macieja Stuhra, do którego mam słabość od kilku dobrych lat, a tu było go dużo, bardzo, bardzo dużo, czy dlatego, ze sama historia mnie wciągnęła. Niestety po obejrzeniu filmu miałam mętlik w głowie, nie wszystko było dla mnie jasne, pewne postacie mi się myliły, ale może to mi się rozjaśni, jak już przeczytam książkę (a zrobię to na pewno, wygrałam w konkursie Cinema City i właśnie powinna do mnie zmierzać). Były brutalne sceny (ta z pociągiem jest tak straszna, że aż się do teraz wzdrygam, jak sobie ją przypomnę), lało się dużo krwi, ale też było kilka humorystycznych dialogów, podczas których się uśmiechnęłam z rozbawieniem. Do tego ciekawe postacie, zdjęcia, które się oglądało z przyjemnością…

Poleciłabym Wam, ponieważ ja z seansu wyszłam dość zadowolona, za to moim rodzicom kompletnie się nie podobało. Właściwie nie bardzo wiem, skąd ta różnica zdań, moja mama, jak ja, uwielbia różne śledztwa itp. itd., a „Czerwony kapitan” nie przypadł jej do gustu. W każdym razie ode mnie 8/10

Reklamy

One thought on “Filmy #26

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s