Jak być szczęśliwym?

Wbrew tytułowi, to nie będzie post, w którym w punktach odpowiem na powyższe pytanie. Nie ma recepty na szczęście, każdy musi sam je odnaleźć. Niestety tak to działa i zazwyczaj metodą prób i błędów poznajemy, co nas uszczęśliwia, a co nie.

Odkąd skończyłam studia bardziej lub mniej świadomie powracam do robienia rzeczy, którymi zajmowałam się w dzieciństwie. Wbrew pozorom, to nie jest głupie, ponieważ… jako mała dziewczynka byłam szczęśliwa. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że nigdy później nie byłam tak szczęśliwa, jak wtedy, również dziś czegoś mi „brakuje”, co miałam kiedyś. Ale o tym napiszę za chwilę. Więc to logiczne, że skoro wtedy byłam taka szczęśliwa, to oznacza, że to co robiłam mnie uszczęśliwiało, prawda? To nie tylko logiczne, w moim przypadku to się potwierdza, opowiem o kilku przykładach:

  • Czytanie – już w przedszkolu, kiedy ledwo co nauczyłam się czytać, byłam molem książkowym. Byłam w stanie spędzić całe dnie (i połowę nocy, jeśli książka była interesująca, a musicie wiedzieć, że ja byłam rannym ptaszkiem, a więc i chodziłam wcześnie spać) na czytaniu. Pochłaniałam niesamowite liczby książek, aż do… liceum, kiedy przestałam je czytać. Jednak ostatnio sobie uświadomiłam, że chociaż do książek nie zaglądałam, pochłaniałam spore ilości fanfiction na blogach, ale nie tylko. Ogółem czytałam sporo blogów. Kilka lat temu znów wróciłam do czytania książek i pochłaniam je w zadowalających ilościach… no, może nie w tym roku, ale z trzech ostatnich lat jestem zadowolona. Teraz staram się zachować równowagę między czytaniem książek, wpisów na blogach (wiecznie nie jestem na bieżąco, wybaczcie mi) i fanfiction, ale prawdę mówiąc, nie ważne, co czytam. Ważne, że czytam i że to mi sprawia autentyczną przyjemność i radość, bez względu na treść.
  • Rysowanie, kolorowanie – Pamiętam moją pasję z podstawówki – rysowanie. Do dziś pamiętam, jak rysowałam pracę na konkurs formatu A3, jakiś płomień na wodzie i nie do końca byłam zadowolona z efektu… Ale to nie istotne, w podstawówce dużo rysowałam i plastyka była moim ulubionym przedmiotem. W gimnazjum również, wtedy zaczęłam też rysować portrety znanych ludzi (z tamtego okresu zachowałam tylko portret Billa Kaulitza). Od kilku lat ogólnie znów rysuję, ale niestety bardzo rzadko. Raz miałam okresy, że siedziałam co wieczór i rysowałam, a potem przez kilka miesięcy nie postawiłam ani jednej kreski… Od zeszłego roku właściwie również nic nie narysowałam, bo… zaczęłam kolorować. Kolorowanie bardzo mnie wciągnęło, szczególnie moje cudowne kolorowanki z cyklu „Harry Potter” oraz moje „Zrelaksuj się” (które zawiera nie tylko kolorowanki, ale jest ich tam też trochę). Początkowo myślałam, że to nowe hobby, odskocznia od rysowania, równie przyjemna, ale… chociaż ja tego nie pamiętam… mama uświadomiła mnie, że jako małe dziecko kochałam kolorować. Podobno „wyniszczyłam” cały stos kolorowanek. Częściowo nieświadomie wróciłam do hobby z dzieciństwa, ale uwielbiam to robić. A jak już zacznę, to trudno mi skończyć, dopóki ręka nie przestanie mnie boleć :)
  • Rolki – chociaż nie lubiłam uprawiać sportu (poza ganianiem się z dzieciakami na podwórku, grą w „dwa ognie” na wf i kilkoma innymi aktywnościami), kochałam jazdę na rolkach. Pierwsze rolki dostałam na komunię i jeszcze tego samego dnia założyłam je na nogi i pobiegłam na podwórko (nie był to mój pierwszy raz na rolkach, jeździłam trochę po domu koleżanki :)), a goście obserwowali mnie z balkonu.  Jeździłam kilka lat, potem rolki się zniszczyły, przestałam jeździć, jakiś czas później kupiłam nowe, ale nie mogę powiedzieć, żebym jeździła dużo. W zeszłym roku zaczęłam jeździć dosyć często (szkoda, że nie zapisałam, ile razy), w tym roku miałam ambitny cel, ale… niestety przejechałam tylko 150 km :( Żeby było zabawniej, kupiłam nowe rolki, ładnie wyremontowali mi i zrobili nowy asfalt na kilku odcinkach mojej trasy, a ja jakoś nie mogłam przełamać swojego lenistwa, a dziś jest już za zimno… Jednak, chociaż w tym roku lenistwo wygrało, za każdym razem, kiedy przejechałam kilka km byłam z siebie niesamowicie dumna i naładowana pozytywną energią. Mam nadzieję, że podczas kilku następnych miesięcy uda mi się w domu wrócić do regularnych treningów, pięknie rozciągnąć moje ciało, wyćwiczyć kondycję i mięśnie, by były silniejsze i bardziej wytrzymałe… Skoro tak często mi się nie chce jeździć na rolkach, to dlaczego o tym mówię? Bo to jest jedyna aktywność fizyczna, z wszystkich wykonywanych na zewnątrz, którą naprawdę kocham (nawet jeśli tego nie widać). Nie biegam, nie jeżdżę na rowerze, nie pływam (tu dodatkowo mam problem, bo wpadam w panikę, kiedy nie czuję dna) i nie robię czegokolwiek innego, za to rolki sprawiają mi taką przyjemność, że nawet nie czuję, że tak właściwie robię trening… Odnalazłam swój idealny „podwórkowy” sport, gdy miałam zaledwie 8 lat.
    Ostatnio też sobie pomyślałam, że skoro jako dziecko lubiłam też jeździć na łyżwach, to może w tę zimę uda mi się kilka razy gdzieś wybrać, byłoby super, szczególnie że w okolicy mam min 2 lodowiska :)

Właściwie na trzech przykładach skończę. Wiadomo, że są rzeczy z dzieciństwa, do których nie wrócę, jak np. zabawa lalkami. Ale gra w karty? Dlaczego nie. Oczywiście jakbym znalazła czas i towarzysza do gry. Pamiętam, że lubiłam też się uczyć, dopóki szkoła nie zabiła mojej motywacji. Teraz uczę się języków obcych i ostatnio sprawia mi to ogromną przyjemność. Najchętniej wróciłabym jeszcze do spacerów z psem, ale… no cóż, potrzebuję do tego psa, na którego rodzice nie chcą się zgodzić.

Oczywiście moje hobby, którym się dziś zajmuje, to nie tylko te z podstawówki. Jak byłam nastolatką zaczęłam pisać i nadal tworzę. Nie tak dużo i często, jakbym chciała, ale… staram się. Poza tym słucham muzyki, czego jako dziecko absolutnie nie robiłam. Ale mniejsza o to, tak właściwie to chciałam poruszyć całkiem inny temat, a rozpisałam się o czymś innym. Normalka.

„Powtarzanie, że jest się głupim, to tylko kolejny wyraz złości. Złości na samego siebie”
Rosie Rushton

Chociaż wróciłam do tylu pasji sprzed lat, dzięki którym czuję się szczęśliwszą osobą, nadal coś mi przeszkadzało. Sprawiała to złość na samą siebie. Od lat mam w głowie (i również na kartce) listę rzeczy do zrobienia. I praktycznie brak czasu, żeby zrealizować te punkty. Wkurzałam się, że nie mam czasu np. zagrać w grę komputerową. Wkurzałam się, że prawie nigdy nie byłam w stanie spełnić swojego planu dnia, nawet jeśli on zawierał „tylko” 4 czy 5 punktów… I uświadomiłam sobie, że te plany dnia są tą „przeszkodą” w moim dobrym samopoczuciu.

Jako dziecko nie miałam żadnych planów. Nie robiłam czegoś takiego, podejrzewam, że żadne dziecko nie robi, tylko żyje chwilą. Przychodziłam do domu, czytałam książkę, grałam w gry albo robiłam cokolwiek innego, co sprawiało mi radość. Bez żadnego planowania, „co przyjemnego zrobię następnego dnia”. W międzyczasie oczywiście wykonywałam różne obowiązki: sprzątałam, chodziłam do sklepu, chodziłam na spacery z psem, odrabiałam zadania domowe… i nigdy nie narzekałam na brak czasu. Może jedynie na to, że nauczyciele powariowali z ilością zadań domowych. Zawsze potrafiłam znaleźć czas dla znajomych… Byłam po prostu spontaniczna. I to jest to, do czego chcę wrócić.

Od lat, trudno powiedzieć, kiedy zaczęłam, jakieś 5 lat temu, zaczęłam planować i kontrolować, czym się zajmuje. Już o tym jakiś czas temu wspomniałam, że to aż przeszło w skrajną obsesję. Gdy ją zwalczyłam i „wyluzowałam” czuję się lepiej, ale… Nie wyluzowałam się w dostateczny sposób. Ostatnio opracowałam sobie plan na październik, w którym ujęłam treningi, godzinę i naukę. Kilka dni wypełniłam idealnie i byłam szczęśliwa. Potem nie wyrobiłam się czasowo (moja pora na gotowanie obiadów), zapomniałam ująć w planie dzień spędzony na targach książki + koncert, nie mogłam przewidzieć tego, że babcia poprosi mnie o pomoc w sprzątaniu… I ostatecznie patrzę, ile „zaległości” tworzy mi się w tym planie. I wkurzam się na siebie, że jestem beznadziejna, bo nie potrafię skupić się nawet na trzech rzeczach. A jak jestem zła na siebie, to nie jestem w dobrym samopoczuciu. Ponieważ plan mi nie wypada, to zamiast zająć się czymś, na co zwykle nie potrafię znaleźć czasu, tworzę nowy plan. Kiedy i on po kilku dniach nie wypala, zaczynam tworzyć kolejny, i tak w kółko. Jestem głupia, prawda? Jestem zła na siebie. Uświadomienie tego zajęło mi tyle czasu, ale w końcu mi się udało. I postanawiam sobie, że nie będę już planować. Będę spontaniczna. Mam ochotę coś zrobić, to się tym zajmę. Nie mam ochoty – trudno, zrobię coś innego, a tym zajmę się kiedy indziej… Szczególnie że zauważyłam, że takie zmuszanie się odbiera mi radość z treningów, pisania czy nauki… Zamiast skupiać się na radości z wykonanego zadania, skupiam się na wykonaniu planu i odhaczenie kolejnej rzeczy na liście, patrząc na zegarek, żeby robić w to zaplanowanym czasie, bo jeszcze nie uda mi się zrobić wszystkiego…

Boże, jaka ja jestem głupia. Jak to piszę, widzę, jakie to beznadziejne. Ale tak żyłam od wielu miesięcy. Nie zawsze, bo miałam okresy, podczas których rzucałam wszystkie plany w cholerę, ale na ogół moja codzienność tak wyglądała… A więc od dziś… koniec, basta! Pierdolić plany i zacząć żyć spontanicznie. Życzcie mi powodzenia.

Właśnie sobie uświadomiłam, że na początku tygodnia stworzyłam plan, które książki chcę przeczytać w tym miesiącu… kolejna rzecz, którą muszę… wyrzucić. Obawiam się, że za chwilę przypomnę sobie o jeszcze kilku planach. Jakie to jest BEZNADZIEJNE.

Mam nadzieję, że się nie mylę, czas to zweryfikuje. Mam nadzieję, że paradoksalnie brak planów pozwoli mi się ogarnąć, przestać narzekać na siebie i zacząć po prostu żyć i przede wszystkim rozkoszować się życiem.

Planowałam (!) na dziś napisanie opinii o filmach, które widziałam, książce, którą przeczytałam w tym tygodniu i relacji z targów książki oraz koncertu… Ale właściwie chyba pójdę pokolorować. Książki i ulotki mogą leżeć na biurku, aż znajdę czas i ochotę na napisanie coś o nich. Chociaż… może zacznę którąś z relacji, bo właściwie też mam ochotę coś zrobić… Znacie to uczucie? Chcecie zrobić dwie rzeczy w jednej chwili i nie bardzo wiecie, na czym się skupić? No właśnie.

Jeśli ktoś z Was przeczytał całość – bardzo dziękuję. I trzymajcie kciuki, żeby mi się udało spalić moje plany i do nich nie wracać. Bo one są tak, jak czytałam w jednym artykule: „chcesz znaleźć czas na zrobienie rzeczy, na które nigdy nie masz czasu? Zacznij to robić, zamiast czytać ten artykuł o tym, jak znaleźć więcej czasu!”. Z planowaniem jest dokładnie to samo. Przynajmniej w moim wydaniu!

Reklamy

2 thoughts on “Jak być szczęśliwym?

  1. Isabelle :)

    „Znacie to uczucie? Chcecie zrobić dwie rzeczy w jednej chwili i nie bardzo wiecie, na czym się skupić?” żeby tylko dwie… xD
    Z moim słomianym zapałem takie nie umiarkowanie w planowaniu raczej mi nie grozi :) Owszem, lubię planować, ale jeśli przychodzi do jakiegoś większego przedsięwzięcia… Cóż, nawet nie udaje mi się zacząć. W moim przypadku bardziej chyba sprawdza się stopniowe oswajanie z daną aktywnością, jak np. jedzenie warzyw i wykształcenie pojedynczych nawyków niż podążanie za upakowanym harmonogramem, który jeszcze przed startem powoduje bunt :)

    Odpowiedz
    1. Inna_odInnych Autor wpisu

      No tak… z tym masz rację :) Czasami myślisz: co by tu teraz zrobić? i ma się kilka pomysłów na raz… :)
      Ja też mam słomiany zapał do wielu rzeczy, chociaż z tym walczę. Plany trochę mi w tym pomagały, ale zauważałam, że zamiast robić kolejną rzecz z planu, siedziałam i myślałam: Jezu, ale mi się nie chce… i potrafiłam godzinę siedzieć i NIC nie robić. Od kilku dni mam wrażenie, że jestem bardziej produktywna bez tych pierońskich planów, niż do tej pory byłam z. Bo przestałam narzekać: Jezu, ale mi się nie chce tego robić, a muszę, bo zaplanowałam, ale gapiłam się w ścianę, żeby to odwlec (a potem czytałam artykuły o tym, jak właśnie zabrać się do roboty, nie odwlekać, oczywiście po angielsku i głównie o tym myślę jako procrastination, haha), tylko po prostu coś skończę, myślę: hmm, co by tutaj zrobić, oczywiście od razu mam jakiś pomysł (a nawet i więcej), coś wybieram i od razu się za to zabieram. Dzięki temu np. wczoraj zabrałam się za przejrzenie kosmetyczki, co planowałam od miesiąca. O kosmetyczce może więcej Ci napisze, jak w końcu odpiszę Ci na LC :D
      Na szczęście jestem na takim etapie życia, że po pracy robię tylko to, co lubię i robię to dobrowolnie (no dobra, obiady TRZEBA od czasu do czasu ugotować, ale to też polubiłam, szczególnie jak mam wenę). Więc nie narzekam, że muszę się uczyć, tylko robię to, bo chcę – o dziś poświęciłam godzinkę na niemiecki. Po prostu zamiast planować, co kiedy i jak, jak przyjdzie wena i ochota biorę się za to :)
      W ogóle zamierzam o tym napisać jeszcze jeden post, ale za kilka tygodni, taki opis wyniku „eksperymentu – życie bez planów” :D

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s