Książki #10

To już 10 wpis o książkach… Chociaż… czy mogę to nazwać „już”? Chyba raczej „dopiero”? :)

Caitlin Kittredge „Żelazny cierń”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Już nie pamiętam, dlaczego kiedyś dodałam tę książkę na półkę „Chcę przeczytać”. Może jakaś recenzja mnie zainteresowała? Opis – połączenie fantasy, dystopii i jeszcze kolejnych elementów zapowiadał ciekawą lekturę? Nie wiem. W każdym razie kilka miesięcy temu robiłam zakupy w księgarni czytam.pl i zobaczyłam, że ta książka kosztowała… 3 zł. Jak to zakupoholiczka, zakupiłam ją.

Trochę przeleżała na półce, ale w końcu do niej zajrzałam. Dawno nie miałam tak mieszanych uczuć po lekturze książki. Zaczęło się dość ciekawie – mowa o jakimś nekrowirusie, który powoduje obłęd i główna bohaterka boi się, że „ma to we krwi” i zwariuje jak jej mama czy brat. Miasto, w którym żyła wydawało się mroczne, niebezpieczne, pełne złych istot – z jedną z nich spotyka się dość szybko. Nagle postanawia uciec z uczelni, żebym pomóc swojemu szalonemu bratu. O ile początek wędrówki jest ciekawy, jak już docierają do domu ojca głównej bohaterki… robi się tak dziwnie, że powiem szczerze: to do końca mi się nie podoba.

Autorka chciała tak wiele dodać do tej książki: szaleństwo, maszyny, równoległe światy, różne dziwne postacie… W pewnym momencie byłam już znużona czytaniem od tego natłoku informacji. Uwaga spoiler: A jak jeszcze na końcu okazało się, że wiele z tych informacji to bzdura, manipulacja pewnych ludzi itp. itd. to trochę mi opadły ręce. Odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu przeczytałam ostatnie zdanie i mogłam ją odłożyć.

Książka ma kontynuacje, ale z tego co widziałam, chyba nie zostały wydane w Polsce. Prawdę mówiąc nie dziwi mnie to. Ja sama nie jestem zainteresowana dalszymi losami Aoife. Co więcej, z ulgą się pozbędę tej książki*, ponieważ na pewno nie będę chciała do niej wrócić, nawet jeśli przez jej większość dość dobrze się czytało i miejscami była naprawdę interesująca. 6/10

Wariat to jedynie określenie nadawane ludziom, którzy nie chcą wieść życia nudnego jak szara flanela. Takiego, jakiego się po nas spodziewają inni.

*na szczęście udało mi się jej pozbyć na Targach Książki i widziałam, że od razu ktoś się nią zaopiekował :)

Paula Hawkins „Dziewczyna z pociągu”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

„Dziewczyna z pociągu” jest jedną z najbardziej znanych książek wydanych w zeszłym roku: szybko stała się bestsellerem, została przetłumaczona na wiele języków, a na początku października film na jej podstawie trafił do kin. I właśnie to było moją główną motywacją, by przeczytać tę książkę teraz. Nie zawsze czytam książkę przed wybraniem się na jej ekranizację, jednak w tym przypadku pomyślałam, że muszę to zrobić. Dzięki Agnieszce, która udostępniła mi audiobooka, spędziłam ok.  9 godzin z bohaterami.

Najpierw może kilka słów o samym audiobooku. Tak naprawdę jest to mój pierwszy polskojęzyczny audiobook (mam za sobą 3 audiobooki po niemiecku i jestem w trakcie czwartego) i bałam się, że nie dam rady go wysłuchać całego. Niestety podczas słuchania mam tak, że łatwo się „wyłączam”. Jednakże tutaj… coś takiego mi się nie zdarzyło. Początkowo trudno było mi przyzwyczaić się do głosu Karoliny Gruszki, która czytała książkę, ale wystarczyło piętnaście czy dwadzieścia minut, żeby to się udało. Szkoda tylko, że nie zaangażowano trzech osób, ponieważ historia jest opowiedziana z perspektywy trzech kobiet: Rachel, naszej tytułowej dziewczyny z pociągu, Megan i Anny. Lepiej by się słuchało, gdyby Rachel miała głos Karoliny (Rachel jest tą główną narratorką, więc jakieś 3/4 książki jej z jej perspektywy i chyba już zawsze będę kojarzyła, że ta bohaterka ma głos Karoliny), a fragmenty Megan oraz Anny czytałyby dwie różne osoby. Ułatwiłoby to połapanie się, kto i co.

Książka jest tak wciągająca, że nie potrafiłam się od niej oderwać. Podczas słuchania kolorowałam. I co z tego, że ręka mi już odpadała, ale nie byłam w stanie wyłączyć mp3 i zająć się czymś innym (możecie powiedzieć, że mogłam słuchać i zająć się czymś innym, ale tylko przy kolorowaniu jestem w stanie się skupić na słuchanym tekście. Ewentualnie spacer wchodzi w rachubę). Jednego dnia przesłuchałam połowę i skończyłam tylko dlatego, że bateria mi się wyczerpała i musiałam ją naładować. Następnego dnia przesłuchałam resztę. Podejrzewam, że gdybym miała książkę w ręce zdołałabym ją przeczytać nawet jednego dnia.

Pierwszy raz spotykam się z thrillerem czy kryminałem, w którym główną postacią jest dość przypadkowa dziewczyna (jak się później okazuje nie taka przypadkowa, jak się początkowo sądzi), która z pociągu przejeżdża obok wielu domów i lubi obserwować parę jednego z nich. Angażuje się w śledztwo, nie tylko dlatego, że jej zdaniem widziała coś ważnego, ale również dlatego, że to nadaje sens jej życiu, coś się wreszcie dzieje. Rachel jest alkoholiczką, której małżeństwo się rozpadło i nadal nie potrafi się z tym pogodzić. Dlatego jest niewiarygodnym świadkiem, policja nie chce jej wierzyć, a ona uparcie dąży do tego, żeby ktoś jej uwierzył, bo chce, żeby kobieta z jej ulubionej pary się odnalazła. Samej Rachel nie pomagają luki w pamięci, które powstały na skutek nadużywania alkoholu. Myślę, że główna bohaterka jest największym atutem książki: nie jest to zdrowa, mądra, prawie idealna dziewczyna, tylko kobieta z problemami, mająca luki w pamięci, zachowująca się irracjonalnie, nie radząca sobie z własnym życiem.

Samo poszukiwanie zaginionej również jest ciekawe, jak i przede wszystkim poszukiwanie tego, kto za tym stał. Rozwiązanie mnie zaskoczyło, ale to tylko kolejna zaleta tej książki. Dodatkowo mamy dwie osie czasowe: Megan opowiada o tym, co działo się kilka miesięcy czy tygodni wcześniej od wydarzeń, o których opowiadały Rachel i Anna.

Osobiście jestem tą książką zachwycona. Jestem pewna, że jeszcze do niej wrócę, a teraz nie pozostaje mi nic innego niż czekać na film :) 10/10

Ludzie, z którymi coś nas kiedyś łączyło, nie pozwalają nam odejść i żebyśmy nie wiem, jak bardzo próbowali, nie wyplączemy się z tego, nie uwolnimy. Może po pewnym czasie przestajemy po prostu próbować.

Jojo Moyes „Razem będzie lepiej”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

„Razem będzie lepiej” jest jednocześnie moim pierwszym i drugim spotkaniem z twórczością Jojo Moyes. Pierwszym, ponieważ to jest pierwsza książka autorki, którą przeczytałam. Drugim, bo widziałam film na podstawie jej innej książki, czyli „Zanim się pojawiłeś”. Dzięki temu filmowi byłam ciekawa jej książek i gdy trafiłam w bibliotece na „Razem będzie lepiej” nie wahałam się ani chwili.

Powiedzenie „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” świetnie opisuje treść tej książki: głównymi bohaterami są Jess i Ed. Ona jest samotną matką dwójki dzieci, która ledwie wiąże koniec z końcem, a on ponosi konsekwencje swojego błędu i ogólnie można powiedzieć, że jest na życiowym zakręcie, ale jako programista osiągnął sukces i o pieniądze nie musi się martwić. Wydarzenia tak się toczą, że razem spędzają kilka dni, chcąc zawieść córkę Jess na olimpiadę matematyczną, dzięki której może się dostać do wymarzonej szkoły. I właśnie ta podróż jest najważniejszym punktem w tej książce, właśnie podczas niej świetnie widać różnice bohaterów, w tym jak podchodzą do pieniędzy, o czym również nie raz dyskutują.

Poza tym od razu polubiłam głównych bohaterów, nawet jeśli Ed z początku nie sprawiał pozytywnego wrażenia. Dzięki temu, że powieść została opowiedziana z punktu widzenia kilku bohaterów, każdego możemy lepiej poznać. Poza tym tekst czyta się lekko, wciąga tak, że nie mogłam oderwać się od książki, miejscami jest smutny, co równoważy wiele zabawnych scen. Bardzo mi się spodobało „Razem będzie lepiej” i jeszcze większą chęcią sięgnę po inne powieści autorki. 9/10

Całe to „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. No więc to się sprawdza tylko pod warunkiem, że wszyscy inni też tak robią. A nikt tak nie robi. Świat zasadniczo składa się z ludzi, którzy mają innych w dupie. Są gotowi cię rozdeptać, jeżeli w ten sposób dopną swego. Choćby nawet mieli stratować własne dzieci.

Diane Chamberlain „W słusznej sprawie”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Uwielbiam książki Diane i bardzo się cieszę, że kiedyś się na nią natknęłam. „W słusznej sprawie” jest kolejną powieścią z jej dorobku i chyba jest to najlepsza książka Diane, jaką do tej pory czytałam. Porusza nie tyle ciekawy, co wstrząsający temat, zainspirowany historią, która działa się przez blisko połowę ubiegłego wieku przede wszystkim w Karolinie Północnej, m.in. w latach 60., w których toczy się większość akcji. O czym mowa? O sterylizacji, a dokładniej o tym, jak opieka społeczna mogła składać wnioski o sterylizację swoich podopiecznych, nie rzadko bez ich wiedzy i przede wszystkim zgody, tylko dlatego, że ci podopieczni byli biedni, niewyedukowani seksualnie, z „niskim” ilorazem inteligencji albo chorowali na epilepsję (nawet jeśli napady są łagodne bądź nie było ich od dłuższego czasu)

Historia skupia się na Jane, która dopiero co rozpoczęła pracę opiekunki społecznej. Jedną z jej podopiecznych zostaje Ivy, szesnastoletnia dziewczyna, którą szefowa Jane chce wysterylizować, ponieważ Ivy coraz bardziej interesuje się chłopakami, wymyka się nocami z domu i w dzieciństwie miała epilepsję. Na Jane spadł obowiązek przygotowania wniosku i doprowadzenia do operacji. Wszystko komplikuje fakt, że Ivy zaszła w ciążę i chce zachować dziecko przy sobie, do tego Jane ma coraz więcej wątpliwości w kwestii sterylizacji. Teraz musi zdecydować, czy działać zgodnie z „dobrem społecznym” i teoretycznym „dobrem Ivy”, czy zgodnie ze swoim sumieniem.

„W słusznej sprawie” wciąga od samego początku. Najlepiej poznajemy Jane i Ivy, ponieważ historia jest opowiedziana głównie z ich punktu widzenia. Już podczas lektury czytelnik zaczyna się zastanawiać, co zrobiłby na miejscu Jane. Czy inna osoba ma prawo decydować o czymś tak ważnym i większości przypadków nieodwracalnym? Chociaż z jednej strony książkę czyta się dość lekko i szybko, nie sposób o niej zapomnieć. Jest to jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w tym roku i właściwie nie potrafię lepiej opisać moich odczuć, poza tym, że cieszę się, że losy Jane i Ivy skończyły się właśnie tak. Nie da się ukryć, zakończenie jest wzruszające.

Książkę polecam oczywiście każdemu, kto lubi Diane oraz twórczość Jodi Picoult itp. Jeśli macie ochotę przeczytać powieść, którą czyta się „lekko”, szybko i przyjemnie, a jednocześnie chcecie, by poruszała jakiś istotny problem (a nawet problemy, tu jest tego o wiele więcej), o czym moglibyście pomyśleć, polecam „W słusznej sprawie”. 10/10

Czasami wychodzenie za linię kosztuje. Tylko trzeba się zastanowić,czy jest tego warte.

Reklamy

6 thoughts on “Książki #10

  1. Ania

    Podobnie jak ty zamówiłam książkę jeszcze w lipcu i przeczytałam od razu po premierze. To było takie urocze i sentymentalne zarazem móc znów wrócić do tego cudownego świata i spędzić chwilę ze znanymi bohaterami.

    Podobnie jak ty masz z książkami ja przechodzę coś podobnego z wyborem 20 najlepszych tegorocznych albumów. Zwykle pod koniec listopada miałam już te 30-40 dobrych pozycji z których wybierałam ścisłe TOP 20. Tym razem ja nawet nie znam aż tylu albumów żeby mieć z czego wybierać. Swoją drogą w tym roku było tak wiele genialnych albumów, że aż nie wiem kto tym razem będzie pierwszy.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s