Listopad 2016

Doszłam do wniosku, że jestem zmęczona i nie chce mi się… Czego? Ano, pisania opinii, tak jak robiłam to do tej pory. Już od wielu miesięcy wygląda to tak samo, 4 filmy albo książki w jednym poście, publikowane w zależności od tego, ile obejrzę i czy mam czas i ochotę coś napisać… I stwierdziłam, że nadszedł czas na zmiany, na urozmaicenie. Czy będzie lepiej? Nie wiem, ale coś nowego mogę wypróbować, a jak nie wypali, zawsze wrócić do tego, co już było…

Nie będę dokładnie opisywać, co teraz będzie się pojawiać na moim blogu. Oczywiście nadal będę się dzielić tym, co widziałam, czytałam itp., ale wszystko zawrę w jednym poście. Postaram się pisać regularnie, a i dodać pewne elementy, jak np. ciekawe artykuły czy filmiki na YouTube, czy co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy…

Mam nadzieję, że w ten sposób będzie mi się blogowało przyjemniej,  a i Was zainteresują nowe posty. Dzisiejszy, jako pierwszy, będzie takim pomieszaniem „starego” z „nowym”. Będzie kilka dłuższych opinii, które napisałam, ale nadal trzymałam w szkicach.

filmyjaskier

Wszystkie nieprzespane noce (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Pozytywnymi elementami są: ciekawe zdjęcia oraz interesujące spojrzenie do męskiej psychiki w kilku scenach (ale jestem kobietą, więc nie stwierdzę, na ile jest ono prawdziwe). Poza tymi dwoma małymi plusami to praktycznie film o  wiecznie najeba… ehm, ehm… pijanych lub naćpanych nastolatkach. To było tak nudne i tak głupie, że nie wytrwałam do końca. Pierwszy raz w życiu wyszłam z sali kinowej w trakcie seansu. To było tak złe, że wyszłam w mniej więcej połowie filmu. A… i nie byłam pierwsza. Jedna para wyszła 10 min przede mną.  2/10

Jestem mordercą (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Ciekawa historia, częściowo inspirowana prawdziwymi wydarzeniami sprzed wielu lat. Z tego, co czytałam, nikt nie ma pewności, kto był Wampirem, a film skupia się nie tylko na wątpliwościach i niejasnościach w śledztwie, co sugeruje, że stracono niewinnego człowieka. Na zawsze pozostanie tajemnicą, czy tak istotnie bywa, nie zmienia to faktu, że to naprawdę ciekawy film, który warto zobaczyć.  8/10

Pitbull. Niebezpieczne kobiety (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

„Pitbull. Nowe porządki” pokochałam tak bardzo, że widziałam go w kinie dwa razy i na obu seansach świetnie się bawiłam. Od razu było wiadomo, że następna część pojawi się jeszcze w tym roku. Czekałam z niecierpliwością, niestety… „Niebezpieczne kobiety” są rozczarowaniem. Bohaterowie z poprzedniej części pojawiają się chyba głównie po to, by było jak najwięcej zabawnych scen i żeby przyciągnąć publikę do kin. Gdyby ich „wyrzucić” (może z wyjątkiem kilka scen, kiedy naprawdę był sens w tym, że się pojawiali) i w to miejsce rozwinąć nowe wątki, byłoby lepiej. A tak wyszło jak wyszło. Nowy „Pitbull” nie jest zły, sukces komercyjny osiągnął, ale niestety nie dorównał części sprzed kilku miesięcy. Obawiam się, że to jedno z największych rozczarowań tego roku… 7/10

Nowy początek (2016)

Zobacz na Filmweb.pl 

Na ogół nie przepadam o filmach sci-fi, kosmitach itp., dlatego miałam dylemat, czy wybrać się na „Nowy początek”. Chociaż to nie do końca moja tematyka, zwiastun mnie zainteresował, bo zapowiadał coś innego w tym gatunku, niż kiedykolwiek widziałam. Ostatecznie do wybrania się na seans przekonała mnie pozytywna recenzja na instagramie.

Nie zawiodłam się. Historia wciąga praktycznie od początku i nawet przez chwilę nie czułam się znużona oglądaniem pracy dr Banks. Tylko przez większość filmu nie rozumiałam, po co te retrospekcje, jednak z czasem wszystko się wyjaśnia w tak zaskakujący sposób, że nadal jestem oszołomiona rozwiązaniem i ogólnie zakończeniem. Z jednej strony napisałabym, że twórców poniosła trochę fantazja, ale… przecież to sci-fi, więc nie będę się tego czepiać (tu mam na myśli to, co tak naprawdę widzi główna bohaterka).

Efekty specjalnie wyszły bardzo fajnie, podobało mi się to „pismo” kosmitów. Jedynie ich postacie mogłyby być ciekawsze (tu mam na myśli jedynie ich dziwaczny wygląd), ale z drugiej strony dzięki temu budziły jakąś grozę (może przez skojarzenie z ośmiornicą czy potworami z „Osobliwego domu Pani Peregrine”). Ogółem sam film jest interesującym spojrzeniem na temat kosmitów i ich relacji z ludzkością – i muszę przyznać, że to naprawdę mi się podoba. Jestem zachwycona „Nowym początkiem”, który od razu stał się moim ulubionym filmem o kosmitach. 9/10 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Na ten film wybrałabym się do kina niezależnie od tego, czy posiadam kartę Unlimited, czy nie. Czekałam na niego bardzo długo, od pierwszej chwili, kiedy świat usłyszał, że powstaje. Ucieszyło mnie, że to właśnie Eddie Redmayne zagra główną postać. I chociaż Newt był taki dupowaty, wzbudza sympatię. Kowalskiego uwielbiam i mam nadzieję, że nie zabraknie go w kontynuacjach. Niestety do całości mam takie mieszane uczucia. Z jednej strony podobał mi się film, powrót magicznego świata, szukanie zagubionych zwierząt (ciekawsza część filmu), ale nie jestem zachwycona. Film nie porwał mnie tak bardzo, jak Harry Potter, walka dobra ze złem została tu przedstawiono tak stereotypowo, jakby Rowling brakło pomysłów, Depp w roli Grindelwalda raczej mnie rozbawił (ciekawe jak będzie w kontynuacji)… jednak ogólnie oglądało się go z przyjemnością, czasem i z uśmiechem na twarzy oraz jest dość dobrym wstępem do serii, która ma ogromny potencjał. Trochę sobie poczekam, ale z pewnością zobaczę kontynuację, szczególnie że jestem ciekawa dalszych losów bohaterów, a i chcę poznać odpowiedzi na kilka pytań, które pojawiają się w trakcie oglądania seansu.

Szkoda tylko, że dwie sceny pojawiające się w zwiastunie, które naprawdę mnie zainteresowały (jedna – jak się zakończyła, a druga – co było jej przyczyną) nie pojawiła się w filmie :( W każdym razie nie ma jej w wersji, którą mogą oglądać w kinach polscy widzowie :( 7/10

Sully (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Prawdziwa historia + Tom Hanks = niesamowity film. „Sully” swoją premierę w Polsce będzie mieć dopiero w nadchodzący piątek 2.12, ale ja dzięki Cinema City i mojej karcie Unlimited mogłam już go obejrzeć w zeszły czwartek. Do dziś jestem pod ogromnym wrażeniem. Film został świetnie zrealizowany i chociaż pojawia się mnóstwo retrospekcji, różne osie czasowe, które zazwyczaj sprawiają, że film staje się chaotyczny i trudno się go ogląda, tu udało się tego uniknąć. Nie dość, że widz nie gubi się, w tym, co, jak i kiedy, to jeszcze ta „chaotyczność”, której nie odczuwamy jako chaos, sprawia, że film jest znacznie ciekawszy i bardziej ekscytujący. Od początku do końca ogląda się go z niemalejącym zainteresowaniem i jeśli wybieracie się do kina w najbliższy weekend – wybierzcie „Sully”. Jeśli się nie wybieracie, to może jednak wpiszcie kino w swoje plany i zobaczcie „Sully”. To zdecydowanie jeden z najlepszych filmów tego roku 9/10

Eddie zwany Orłem (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Jestem rozczarowana. Jestem tak bardzo rozczarowana faktem, że „Eddie zwany Orłem” nie leciał w polskich kinach. Miał lecieć, nawet były puszczane zwiastuny i już ostrzyłam sobie pazurki na świetny seans, kiedy polski dystrybutor zrezygnował z „wrzucenia” Eddiego do kin. A szkoda. Tak czy siak obejrzałam ten film i właściwie dzięki niemu dowiedziałam się o tej legendzie skoków narciarskich – jako dziecko co prawda interesowałam się skokami, ale jestem za młoda, żeby pamiętać Eddiego, a historią tego sportu nigdy się nie interesowałam. Opowieść jest fantastyczna, motywująca, budująca – pokazuje nam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli wystarczająco mocno walczy się o swoje marzenia, mogą się ziścić. A A jeśli kogoś sam film nie motywuje tak bardzo, niech sobie pomyśli, że to wydarzyło się naprawdę. Jeśli to Was nie zmotywuje, to chyba już nic tego nie dokona. Oczywiście motywacja nie jest jedyną zaletą tego filmu, po prostu ogląda się go dobrze i jestem pewna, że polubią go osoby nie tylko interesujące się skokami narciarskimi  9/10 

ksiazkijaskier

J. K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany „Harry Potter i przeklęte dziecko”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Na Twitterze mogliście się już natknąć na kilka tweetów na temat tej książki. I chociaż pisałam, zastanawiając się, „co Rowling musiała ćpać, żeby to napisać?”, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to nie ona jest autorką tej książki. Jasne, jakieś pomysły pochodzą od niej, ale w formie scenariusza spisał to Jack Thorne.

Czym jest „Harry Potter i przeklęte dziecko”? FanFiction. Dokładnie, niczym innym jak FanFiction. Tylko to ukazało się w formie książki (właściwie nie jest to pierwsze FanFiction Potterowskie, które zostało wydane w książce, ale oczywiście w tych pozostałych autorzy musieli pozmieniać imiona bohaterów, nazwy miejsc itp.). Dzięki temu, że jest to scenariusz sztuki, a więc dramat, a nie powieść, czyta się bardzo szybko. Chociaż całość ma 350 stron, mnie wystarczyły chyba 3 godziny, żeby pochłonąć całość.

W swoim życiu przeczytałam mnóstwo FanFiction Potterowskich. Sama jestem autorką jednego z nich. Trafiłam na tak wiele dziwnych, pochrzanionych pomysłów (no cóż, sama wymyśliłam kilka głupot), że myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy. A jednak, „Harry Potter i przeklęte dziecko” przebija pozostałe FanFiction swoimi dziwnymi, pochrzanionymi pomysłami. I właściwie nie jest to komplement. Chociaż dobrze się bawiłam, czytając tę książkę, jak dobrze się bawię czytając wiele różnych FanFiction, to jednak… ono trochę mnie rozczarowało. Coś, co zostało podpisane nazwiskiem Rowling powinno być lepsze. Szczególnie, jeśli chodzi o świat Pottera. A niestety takie nie jest. Nie poleciłabym tej książki każdemu Potterheadowi. „Harry Potter i przeklęte dziecko” spodoba się tylko tym, którzy lubią czytać FanFiction Potterowskie. Tylko im może się spodobać i mogą się świetnie bawić podczas lektury. A że ja się do nich zaliczam, ode mnie 7/10.

Właściwie ta jedna gwiazdka to głównie za Severusa Snape’a ♥

Trudno żyć z ludźmi, którzy utknęli w przeszłości, prawda?

Jane Cunningham, Philippa Roberst „Zakupy na obcasach. Sekrety kobiecych motywacji”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Gdyby nie serwis, na którym kiedyś zbierałam punkty, pewnie nigdy nie przeczytałabym tej książki. Właściwie trafiła ona w moje ręce tylko dlatego, że serwis kończył swoją działalność i chciałam wykorzystać jakoś zebrane punkty, a ta książka wydawała się najsensowniejszą rzeczą ze wszystkich, które pozostały. Chociaż „Zakupy na obcasach” nie jest jedyną rzeczą, którą otrzymałam z tego serwisu za punkty (wcześniej nazbierałam na twister do ćwiczeń), a i potem „otworzył się na nowo” pod innym adresem, to jednak jakoś zniechęciłam się do zbierania punktów (szczególnie że inny serwis, na którym również zbierałam punkty, też w międzyczasie padł). Tak czy inaczej mam tę książkę na półce, w końcu jakiś rok po jej otrzymaniu udało mi się ją przeczytać.

Właściwie to nie było łatwe. Czytałam ją fragmentami przez jakieś 2 miesiące, zanim ją skończyłam. Początek jest najciekawszy, ponieważ zostały opisane różnice między kobietami, a mężczyznami, a dokładniej: różnice w myśleniu, uczuciach, celach. To było tak ciekawe, że potrafiłam przeczytać na raz bardzo duże partie tekstów i byłam pewna, że z całością uporam się w ciągu kilku dni. Nic bardziej mylnego. Niestety im bliżej końca, tym nudniej. Wynika to z faktu, że nie jestem osobą, która pracuje w marketingu, wymyśla reklamy czy sposoby sprzedaży. Nie mój obszar pracy ani zainteresowania. Ale jeśli ktoś chce być dobrym specem od reklamy (nie tylko produktów „dla kobiet”), raczej powinien przeczytać tę książkę. Część druga skupia się na analizie istniejących już reklam oraz tworzy przykłady, jak sprawić, by reklama była zachęcająca dla kobiet. Dla człowieka, który się tym nie zajmuje jest to nudniejsza część, ale właściwie mogłam zweryfikować to, o czym piszą autorki, opierając się na moich odczuciach konsumenta.

Od książki oczekiwałam odpowiedzi na jedno pytanie: Jakim procesom manipulacji jestem poddawana, żeby dana marka zachęciła mnie do zakupu? Prawdę mówiąc, nie udało mi się odczytać odpowiedzi tak wyczerpująco, jakbym chciała. Ale z drugiej strony uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Udało mi się wyczytać parę „sztuczek” stosowanych w reklamach i odnieść to do reklam, które znajduję w internecie czy telewizji. Nie raz przyłapałam się na myśleniu: „To reklama robiono na typowo męski sposób. I oni chcą to wcisnąć kobiecie?”. Myślałam też o markach, które stosuję i w niektórych przypadkach udało mi się „odkryć”, dlaczego tak bardzo je lubię.

Trudno powiedzieć, czy polecam tę książkę. Jeśli ktoś interesuje się tematem reklamy i/lub pracuje w marketingu zdecydowanie powinien ją przeczytać. Zwykła kobieta, konsument, może być trochę przytłoczona wszystkimi danymi i informacjami. Miejscami nawet przysypiałam nad tekstem. Ale nie mogę uznać czasu, który poświęciłam tej książce, za zmarnowany. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o myśleniu męskim i kobiecym oraz technikach wykorzystywanych w reklamie. Oraz, jak w rzeczywistości, jest mało reklam naprawdę celujących w kobietach (chyba dlatego tak mało reklam mi się podoba). Właściwie to cieszę się, że przeczytałam tę książkę, chociaż raczej nie będę do niej wracać. 7/10

Jeśli jesteście zainteresowani przeczytaniem tej książki, a nie macie do niej dostępu, oddam ją w dobre ręce. Wystarczy, że w komentarzu zgłosicie chęć jej przygarnięcia :)

“Równość nie oznacza przecież identyczności, a różnice należy przyjąć do wiadomości i respektować ze względu na to, czym są, bez zaprzeczania ich istnieniu w ramach fałszywie pojętej poprawności.”

Lindsey Stirling, Brooke S. Passey „Jedyny pirat na imprezie”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Lindsey poznałam podczas gali Echo 2014, gdy wygrała swoją pierwszą statuetkę i mnie zainteresowała. Nie zaczęłam jej słuchać, bo chociaż uwielbiam skrzypce, na których gra, nie do końca leży mi elektroniczny podkład, który wykorzystuje w swoich utworach. Mimo to zapadła mi w pamięć i gdy jakiś czas później Lzzy Hale z Halestorm nagrała razem z nią piosenkę, od razu wiedziałam, o kogo chodzi. Co więcej, przesłuchałam cały album „Shatter me” i go lubię (pozostałych albumów jeszcze nie przesłuchałam). Od razu byłam zainteresowana książką Lindsey i dzięki Izabeli mogłam ją przeczytać.

„Jedyny pirat na imprezie” to przyjemna w czytaniu autobiografia, w której poznajemy dzieciństwo artystki, jej rodzinę, jak zaczęła robić to, co teraz robi… Poza tym opisuje mnóstwo porażek czy ciężkich chwil, jak np. nie ukrywa swoich problemów z anoreksją. Jest to ciekawa lektura, miejscami wzruszająca, miejscami bawi, ale jeśli ktoś lubi czytać biografie lub autobiografie, polecam, nawet jeśli nie znacie Lindsey.  8/10

“Demon chce, byśmy uwierzyli, że jesteśmy zbyt słabi, zbyt smutni, że jest za późno, ale to przeklęty kłamca, więc nie powinniście wierzyć w ani jedno jego słowo.”

Len Deighton „Gem w Berlinie”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Ponad rok temu książka mnie skusiła w antykwariacie: powieść szpiegowska za 1 zł. Od razu kupiłam, ale przeleżała u mnie kilkanaście miesięcy, zanim w ogóle do niej zajrzałam. Len Deighton jest historykiem wojennym i jego przygotowanie merytoryczne świetnie odbija się na książce: Czytając losy głównego bohatera, które częściowo działy się w powojennym Berlinie („przeciętym” przez Mur Berliński), miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie i poznawała miasto. Sama fabuła została skonstruowana tak, że jest realistyczna i jestem skłonna uwierzyć, że to się działo naprawdę. Chociaż nie znajdziemy tu nieoczekiwanych zwrotów akcji, jak w wielu powieściach kryminalnych (gdzie się tego wymaga), fabuła wciąga. Niestety z jakiegoś powodu, osobiście trudno mi stwierdzić, z jakiego, jest to dość „ciężka” lektura. Zajęła mi kilka dni, początkowo myślałam, że byłam zbyt zmęczona na czytanie, ale to czytanie mnie męczyło. Mimo tej wady uważam tę książkę za dobrą i z pewnością sięgnę po kontynuacje (szczególnie, że 3 część też mam w domu)  7/10

Sven Hannawald oraz Ulrich Pramann „Triumf – Upadek – Powrót do życia”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Po obejrzeniu „Eddie the Eagle” naszło mnie na skoki narciarskie i uznałam, że nadszedł czas, żeby przeczytać książkę mojego ulubionego skoczka narciarskiego. Podejrzewam, że większość z Was o nim słyszała, ponieważ swojego czasu był bardzo popularnym zawodnikiem, również w Polsce – przede wszystkim jako rywal Adama Małysza (jeśli chodzi o Niemcy nie możemy oczywiście zapomnieć o bardziej lubianym od Svena Martinie Schmitcie). Swego czasu też był niezbyt lubiany przez polskich kibiców za kilka jego wypowiedzi. Dodatkowo na zawsze wpisał się do historii skoków narciarskich jako pierwszy – i jak na razie jedyny – skoczek, który wygrał wszystkie zawody Turnieju Czterech Skoczni.

Zawsze miałam wrażenie, że Sven był skoczkiem, który stosunkowo krótko cieszył się „byciem” w światowej czołówce. Mam wrażenie, że ta „światowa czołówka” jak już się wybije i osiągnie takie sukcesy, że zostaje zapamiętany i nawet jeśli później pojawia się ktoś nowy, lepszy, to i tak to nazwisko przewija się w konkursach przez następne kilka czy kilkanaście lat. Można przez 5 lat nie oglądać skoki, ale jak się gdzieś na nie natknie, to zna się połowę zawodników. Jednak Sven się do nich nie zaliczał. Z jednej strony 6 lat sukcesów, z czego właściwie 1 sezon można uznać za szczyt formy, jest dość długim czasem, ale porównując do innych zawodników… Prawdę mówiąc nadal mi szkoda, że Sven był na szczycie tak krótko. Wszystkiemu winne były zaburzenia jedzenia, depresja i wypalenie się.

Mam wrażenie, że Sven jest jednym z niewielu sportowców, który przyznał się do tego, że się wypalił. Chociaż zmagał się z własnymi problemami, leczył się, otwarcie podał to jako powód zakończenia kariery. Po prawie 10 latach postanowił to dodatkowo opisać. I właśnie z tego powodu powstała jego książka.

Przez bardzo dużą część opisano, co było „przed sukcesem”, w tym dzieciństwo Svena, co może być ciekawe nie tylko dla jego fanów, tylko osób interesujących się tym, jak wyglądało życie dzieci w NRD i jak „szkolono” sportowców.  W tej części pojawiało się również wiele informacji o samym sporcie, jego historii, technice itp. itd., co zapewne zainteresuje pasjonatów skoków narciarskich. Na opisywaniu swoich sukcesów Sven nie zajął zbyt dużo miejsca. Owszem, wspomniał o tym, jak się czuł po wygranych czy przed zawodami, ale w dużej części miałam wrażenie, jakby to zrobił z „obowiązku”, no bo jak już spisuje swoje życie, tej części nie mógł pominąć. Zdecydowanie bardziej opisywał presję (wewnętrzną i zewnętrzną) oraz co z nim „robiła”, skąd się wzięły jego zaburzenia odżywiania, jak to na niego wpłynęło. Po prostu skupiał się na przyczynach swojego wypalenia się… Ta część, w której opisał leczenie, co terapeutka próbowała mu uświadomić, czego sam musiał się nauczyć dała mi dużo do myślenia, jak sama powinnam prowadzić swoje życie, żeby się nie wypalić. Wiecie, to tak uniwersalne „prawdy”, że nie ważne czy chodzi o skoki narciarskie czy o np. pisanie bloga, to może spotkać każdego. I to zdecydowanie najlepsza część książki, bo chociaż z jednej strony smutna, z drugiej jest opisana z taką nadzieją, że „kiedyś będzie lepiej”. I właśnie tak kończy się książka: opisem czasu „po”, czyli jego życie po wyleczeniu, po pokonaniu depresji i potworów, które go nękały. Oczywiście już po samym tytule wiemy, jak książka się skończy. Według tego, co sam Sven napisał, książka nie powstałaby, gdyby z tego nie wyszedł. I chociaż nadal mi szkoda, że tak krótko był na szczycie i później zniknął z tego „narciarskiego” świata, cieszę się, że wyszedł z tego i dziś jest szczęśliwy.    9/10 

“Wszystko wymaga czasu. A życie oznacza zmiany. Tego właśnie musiałem się nauczyć. I w pewnym momencie zrozumiałem, że muszę znaleźć sobie inne zajęcie, zamiast wracać do skoków.”

No i film oraz przeczytanie książki sprawiły, że mam ochotę obejrzeć skoki narciarskie… Kto wie, może faktycznie do tego wrócę? Jako dziecko lubiłam je oglądać… Zobaczę w następny weekend, czy będzie mi się chciało :) A właściwie czy w ogóle będę w domu, bo weekendy w grudniu zapowiadają się takie… zajęte. Hmm…

Pewnie pomyślicie, że to, co zawarłam w tym poście, spokojnie mogłam zawrzeć w 2 albo 3… Pewnie tak… Na pewno tak, ale cieszę się, że mam to „za sobą” i mogę kliknąć „opublikuj” i nie myśleć o tym, że coś mi w szkicach zalega. No dobrze, w szkicach dotyczących filmów i książek, bo było coś, co zaczęłam pisać i nigdy nie skończyłam… I przejrzę te moje pomysły na posty i może właśnie takimi partami wrzucę, w ten sposób, do „miszmaszowatego” postu… Właściwie chciałam się podzielić z Wami jeszcze czymś z YouTube’a, ale że post wyszedł mi tak długi, spokojnie to może poczekać :)

Reklamy

3 thoughts on “Listopad 2016

  1. Isabelle :)

    Same znajome książki :P Ale że Svena masz dzięki mnie to już nie wspomniałaś :P W tym zdaniu o Martinie brakuje jakiegoś słowa. A w ogóle to ten Schmitt ma urodziny 29 stycznia, jak ja :D

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s