#48/2016

Jesteście inteligentni, więc zapewne wiecie skąd wziął się tytuł postu. Tym, którzy nie zaskoczyli, już tłumaczę: To nic innego jak numer tygodnia kalendarzowego, który właśnie minął, a którego „podsumowanie” zrobiłam poniżej. I mam szczerą nadzieję, że uda mi się przygotowywać takie podsumowanie raz w tygodniu, ale jak to wyjdzie, przekonany się za jakiś czas :)

A więc, co ciekawego „działo się” u mnie w zeszłym tygodniu? :)

 muzykajaskier

Niestety w tym roku straciłam zapał do przesłuchiwania nowych albumów. Mam nadzieję, że następny rok będzie pod tym względem lepiej wyglądać, szczególnie, że ostatnio trochę mi tego brakuje. I chociaż w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni nie przesłuchałam żadnego nowego albumu, w szkicach mam bardzo stary post z opiniami o dwóch albumach. Do tej pory nie doczekały się publikacji… W tym tygodniu zaprezentuję Wam jeden album, a w kolejnym poście drugi :)

Demi Lovato „Confident” (2015)

Zobacz na Wikipedii

Demi Lovato darzę sympatią, ale nie za aktorstwo czy jej muzykę. Przede wszystkim lubię w niej to, że mówi głośno o tym, co przeżyła i tym samym motywuje ludzi do działania. No dobrze, mnie motywuje i każdy dzień rozpoczynam przeczytaniem jednej strony jej książki „Bądź swoją siłą”…

Jeśli zaś chodzi o jej muzykę, nie jestem jej oddaną fanką. Znam jej wszystkie, bądź prawie wszystkie albumy i żaden z nich nie zdobył w 100% mojego serca. Ale na każdym z nich znalazłam „perełkę”, która skradła moje serce i do której powracam. Czy na „Confident” coś mnie oczarowało?

Tak i nie. Problem z tym albumem jest taki, że żaden utwór nie dorównał temu, co Demi nagrała w przeszłości. Ale powiedzenie, że całość jest jednym, wielkim szajsem, również nie jest zgodne z prawdą. Fakt, album, jako całość, jest przeciętny i wlatuje jednym uchem, a drugim wylatuje. Znajdziemy tutaj takie koszmarki jak „Cool for the Summer” (jakim cudem to zostało pierwszym singlem!?) czy „Stars” zawarte na wersji Deluxe. Jednak z drugiej strony znajdziemy wpadające w ucho „Confident” z dość niegłupim tekstem, interesujące „Waiting for you”, przyjemne „Lionheart” i „Mr. Hughes” (również na Deluxe) czy zdecydowanie najlepsze „Father”, w którym Demi przebacza swojemu ojcu… Niestety nie jest to jej najlepszy utwór w karierze, ale dobrze, że na albumie znalazło się coś, do czego się chce wracać.

I chociaż cały album jest przeciętny, większość utworów nie pamięta się nawet tuż po ich wysłuchaniu, to myślę, że do kilku piosenek będę wracać. 3/5

Moje ulubione utwory: Father, Confident, Lionheart, Mr. Hughes, Yes

Myślałam, że w tym poście wspomnę również o koncercie Ewy Farnej, na który chciałam się wybrać, ale przeziębiłam się (na szczęście lekko, więc jestem w stanie funkcjonować w miarę normalnie), a że on odbywał się na świeżym powietrzu, trochę się bałam, że jak zmarznę, rozłoży mnie bardziej, więc go sobie odpuściłam. A właściwie nie mogę teraz chorować, za tydzień wybieram się na koncert Davida Garretta, potem jestem umówiona na tatuowanie, a w kolejną sobotę jadę na jarmark bożonarodzeniowy, potem mam imprezę firmową, więc sami widzicie, w tym miesiącu nie mogę chorować. Mam nadzieję, że na Ewkę uda mi się kiedyś w końcu wybrać, to już 3 koncert, który musiałam sobie odpuścić z jakiegoś powodu :(

polecamjaskier

Już dawno chciałam Wam zaprezentować kilka aplikacji, z których korzystam i które mogę Wam w 100% polecić. Najpierw miałam go opublikować na moje urodziny, a potem na 10. urodziny bloga. No i nie wyszło. Do dziś nie napisałam tego postu… Może stopniowo znajdę większą motywację, dlatego dziś polecam Wam jedną z moich absolutnie ulubionych aplikacji, z której korzystam na komputerze, tablecie oraz telefonie i nie wyobrażam sobie mojego życia bez tej aplikacji!

Pocket

Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że Pocket zmienił moje życie. Już nie pamiętam, jak długo go używam, zaczęłam zanim kupiłam jakiekolwiek urządzenie z Androidem, a tablet pojawił się w moim domu dopiero 1,5 roku temu. Aplikacji spokojnie można używać tylko na komputerze, ale swoją największą zaletę ukazuje na urządzeniach przenośnych. Już tłumaczę, co to właściwie jest i jak to działa.

Ile razy macie tak, że trafiacie na ciekawy artykuł, który chcecie przeczytać, ale właśnie nie macie na to czasu? Zazwyczaj dodawałam coś do zakładek, ale moim problemem jest to, że w moich zakładkach często jest chaos i odnalezienie w nich artykułu graniczy z cudem. Odkąd założyłam konto na Pockecie, zaczęłam wszystkie artykuły zapisywać właśnie tam i od tamtej pory mam je zawsze w jednym miejscu. Dzięki rozszerzeniom na Chrome lub Firefoxa (nie wiem jak z innymi przeglądarkami) dodawanie artykułów jest banalnie łatwe i jednocześnie bardzo szybkie. Wystarczy kliknąć prawą myszką na link do artykułu i na liście wybrać „Zapisz w aplikacji Pocket” albo będąc na danej stronie, kliknąć na pasku odpowiedni przycisk i gotowe.

Odkąd mam tablet, a od jakiegoś czasu również smartfon, jeszcze bardziej cenię sobie tę aplikację. Teraz zapisane artykuły mogę czytać również na urządzeniu przenośnym. Nie potrzebuję również dostępu do internetu, bo aplikacja pobiera artykuły i zapisuje je, więc możemy je czytać gdziekolwiek jesteśmy. Oczywiście można również zapisywać nowe artykuły będąc na urządzeniu mobilnym, a następnie przejrzeć je na komputerze. Dzięki temu, nawet jeśli nie mam dostępu do internetu, mogę czytać zapisane artykuły. Niestety jedną wadą jest to, że nie wszystkie artykuły zapisują się poprawnie, niektóre się nie pobierają i nadal potrzeba dostępu do internetu, żeby móc je przejrzeć.

Inną zaletą uznaję „rekomendacje”. Raz czy dwa razy w tygodniu dostaję na maila kilka artykułów, które są mi polecane. Pewnie można z tego zrezygnować, początkowo nawet przeszło mi to przez myśl: że co, że ja mam czytać po angielsku i ma mi to zapychać pocztę? Ale… rzadko się zdarza, żebym z któregoś zestawu polecanych artykułów nie zapisała ani jednego do późniejszego czytania. Wiele z nich jest interesujących, zrozumiałych i… zmieniło moje życie. O czym może kiedyś napiszę. Jeśli dla kogoś rekomendacje na e-maila to za mało, można wejść w aplikacji w zakładkę „rekomendacje” i odkrywać nowe artykuły. Można również obserwować znajomych i widzieć, co oni polecają. W ten sposób sama udostępniłam kilka artykułów, jednocześnie wrzucając je na Twittera. Aplikację Pocket polecam każdemu :)

Pocket  Google Play  Moje rekomendacje

filmyjaskier

Światło między oceanami (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

W tym roku bardzo polubiłam Alicię Vikander, więc właściwie nie wiem, na ile poszłam na ten film dla niej, a na ile dla samej historii, która w zwiastunie wydawała się bardzo interesująca. I nie tylko w zwiastunie, ponieważ jest to naprawdę ciekawa opowieść, która niestety miejscami trochę przynudzała szczególnie w pierwszej części filmu (były sceny, które się dłużyły). Film mógłby być trochę krótszy, ale dobrze się go oglądało i porusza, w każdym razie przez jakiś czas po jego obejrzeniu nie mogłam przestać o nim myśleć. Również wzrusza, chociaż ja nie uroniłam ani jednej łzy, ktoś obok mnie naprawdę się rozpłakał :) Chociaż spodziewałam się trochę lepszego filmu, ale nie zmienia to faktu, że jest on dobry, a i aktorzy świetnie sobie poradzili, a na Alicię zawsze miło popatrzeć. 7/10

Lion. Droga do domu (2016)

Zobacz na Filmweb.pl

Wzruszająca historia na podstawie prawdziwych wydarzeń. Chociaż widz wie, że głównemu bohaterowi uda się znaleźć utraconą rodzinę, ani przez chwilę nie czułam się znudzona tym, co działo się na ekranie. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie, jak bardzo skupiono się na losach 5-letniego Saroo. Byłam pewna, że pokażą krótko, w jaki sposób się zgubił, po czym skupią się na jego losach w „nowej rodzinie” i poszukiwaniu tej, którą utracił. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej połowa filmu skupiała się na 5-letnim chłopcu. Na tyle długo przedstawiano go i jego rodzinę, że miałam w głowie myśli: kiedy on się w końcu zgubi i w jaki sposób? Potem przez bardzo długi czas pokazywano jego losy w obcym mu mieście. Właściwie ta pierwsza część filmu spokojnie wystarcza na całość. Gdyby zakończyć go adopcją, wydawałby mi się on kompletny, świetny i wzruszający, a tu czeka jeszcze druga część. Nie mówiąc o tym, że oglądanie Sunny’ego Pawara na ekranie było przyjemnością. Uroczy dzieciak. Po tym jak Saroo wyjechał do Australii pojawiały się przeskoki w czasie: rok później, kilka scen, dwadzieścia lat później i moment, w którym Saroo decyduje się odnaleźć rodzinę. Chociaż wiemy, jak się skończy (w przeciwnym razie ten film nigdy by nie powstał), cały czas kibicowałam bohaterowi, żeby mu się udało… Niestety zakończenie jest słodko-gorzkie, co z jednej strony jest zaletą, bo idealne zakończenia mogą irytować, jednakże… do teraz czuję smutek z powodu tego „gorzkiego” elementu, ale nie będę zdradzać, o co chodzi. Dodatkowo na końcu pokazano nie tylko zdjęcia z życia prawdziwego Saroo, ale również spotkanie jego obu matek – jeśli się nie wzruszysz, nie masz serca. Historia poruszyła mnie na tyle, że nie tylko miałam łzy w oczach w kinie, ale nadal na samą myśl o niej chce mi się płakać. Aż trudno uwierzyć, że to się wydarzyło naprawdę… 9/10 

Jeśli macie ochotę wybrać się do kina, w najbliższą sobotę i niedzielę (10.12-11.12) bilety w Cinema City będą za 12 zł! (Jeśli macie w okolicy IMAX koszt biletu wyniesie 14 zł!). Jeśli akurat nie macie Cinema City w swojej okolicy, zainteresujcie się innymi kinami, Wielkie Święto Kina jest akcją ogólnopolską i w wielu kinach bilety mają być po 12 zł. Warto skorzystać, a w tym momencie jest wiele świetnych filmów do zobaczenia, np. „Sully”, o którym pisałam ostatnio :)

youtubejaskier

Pamiętacie, jak w poście Filmy #29  w opinii o „Doktorze Strange’u” wrzuciłam Wam zabawny filmik Benedict Cumberbatch Can’t Say ‚Penguins’ – The Graham Norton Show on BBC America? Jeśli go nie widzieliście, nadal Wam go polecam. W wywiadzie został wspomniany film „Pingwiny z Madagaskaru” i o roli Benedicta. Ostatnio trafiłam w telewizji na ten film, obejrzałam kilka fragmentów i szukałam oryginału, żeby usłyszeć kilka scen z Benedictem. YouTube mnie nie zawiodło, ponieważ trafiłam na Benedict Cumberbatch still can’t say penguin. Aż chyba kiedyś obejrzę cały film po angielsku…

A jak już zanudzam Benedictem, wrzucę Wam jeszcze Cumberbatch & Saldana reading the german Star Trek Intro :) „Neue Zivilisationen” wymiatają, zdecydowanie moja ulubiona część. Swoją drogą, jakbym nie widziała, co czytają, to większości tekstu bym nie odgadła :)

ksiazkijaskier

Arthur Conan Doyle „Studium w szkarłacie”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Prawdę mówiąc, jednej rzeczy nie rozumiem. Mam na myśli, że nie rozumiem samej siebie. Już któryś raz łapię się na tym, że coś mnie kompletnie nie interesowało, a jak już zmusiłam się (albo zrobił to ktoś inny), żeby zapoznać się czymś, od razu się w tym zakochałam. Głównie mam na myśli książki, czy właściwie serie… Do nich mogę zaliczyć Harry’ego Pottera, którego uwielbiam, jak mało co, Wiedźmina – do dziś jestem wdzięczna Klaudii, że namówiła mnie do przeczytania tej wspaniałej serii, a dziś na tę listę mogę wpisać Sherlocka Holmesa, w którym właśnie się zakochałam.

Nie wiem, dlaczego Sherlock nigdy mnie nie interesował. Oczywiście słyszałam o tym bohaterze, trzeba być totalnym ignorantem, żeby o nim w ogóle nie słyszeć, ale – chociaż uwielbiam kryminały i tego typu historie – nigdy nie byłam zainteresowana zapoznaniem się z nim bliżej. Paradoksalnie poznałam Sherlocka Holmesa i doktora Johna Watsona z FanFiction pisanych oraz tłumaczonych przez Ewę Białołęcką (skończyłam czytać jej Potterowskie FF, a nie miałam dość jej twórczości). Dodam, że większość z nich było… gejowskich. I bohaterowie spodobali się tak bardzo, że zdecydowałam się zajrzeć do oryginału. Szczególnie zachęciło mnie ciekawe wydanie „Przygód Sherlocka Holmesa”, o którym kiedyś wspomnę, ale że chciałam zacząć od początku, oczywiście sięgnęłam po „Studium w szkarłacie”.

Jestem zachwycona. Książka mnie pochłonęła, pokochałam głównych bohaterów (chociaż brakuje mi gejowskiego wątku, ups :)), a historię, która została opisana w pierwszej powieści, mnie oczarowała. Gdy zaczynała się druga część lektury, nie wiedziałam, co ma piernik do wiatraka, ale na końcu wszystko świetnie pozbierało się do kupy, wyjaśniło, co i jak i właśnie to mnie tak bardzo zaskoczyło i zachwyciło. Genialne. 9/10 

Arthur Conan Doyle „Znak czterech”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Jak tylko przeczytałam „Studium w szkarłacie”, następnego dnia pochłonęłam drugą część. Jej przeczytanie zajęło mi jeden wieczór. Nie mogłam się oderwać i jeszcze bardziej pokochałam głównych bohaterów. Chociaż historia z pierwszego tomu spodobała mi się bardziej, również ta była interesująca i wciągająca. 9/10

Poza przeczytam „Sherlocka Holmesa” udało mi się w końcu skończyć słuchać czwarty audiobook po niemiecku z serii „Harry Potter”! Zaczęłam go słuchać w sierpniu… Coś „Czara ognia” słabo mi szła. Jeśli uczycie się niemieckiego i lubicie Pottera, polecam te audiobooki. Są czytane naprawdę ciekawie (jedynie głos Syriusza, a właściwie echo mnie trochę irytuje), a podczas scen na cmentarzu… Voldemort brzmi naprawdę złowieszczo, gdy mówi po niemiecku! Bardziej niż w filmach po polsku czy angielsku.

naukajaskier

Ingrid Glomp „Klassische Fälle”

Zobacz na stronie wydawnictwa Edgar

Jakiś czas temu zauważyłam w Empiku podczas przeglądania różnych pomocy naukowych interesująco zapowiadające się kryminały po niemiecku wraz z przetłumaczonym słownictwem oraz ćwiczeniami do każdego, krótkiego rozdziału. Pomyślałam, że to świetny sposób spędzenia czasu oraz nauki, więc skusiłam się i zakupiłam książkę. Ok, prawdę mówiąc kupiłam 3 z tej serii (2 po niemiecku i 1 po angielsku), ale przeczytałam póki co tylko „Klassische Fälle”.

Moje wrażenia po lekturze? W tej książce znajdziemy 3 krótkie opowiadanie, które zaczynają się morderstwem, następnie opisują krótkie śledztwo, po czym komisarz Kolm przedstawia, kto jest winny i skąd on wie. Ponieważ to książka do nauki, nie wymagam skomplikowanego kryminału – do tych celów sprawdza się świetnie, ale jako kryminał istniejący „samodzielnie” wydaje się na dobrą sprawę mało interesujący.

Ta książka została określona na poziom B1 i nie będę pisać, że jest prosta, banalna itp., bo każdy ma inny poziom językowy i każdy odbierze ją inaczej. Dla mnie była to dość prosta lektura. Oczywiście nie znałam wszystkich słówek, ale rzadko musiałam sięgać do słownika – 95% słówek, których nie znałam, zostało przetłumaczonych na marginesie, więc dla mnie to ogromny plus. Do tego po każdym rozdziale były ćwiczenia i tu mam mieszane uczucia. Większość z nich była bardzo fajna, tj. uzupełnić przyimki, z czym mam wiecznie problem, znaleźć słówka w wężyku, połączyć wyrażenia (synonimy, antonimy, pociachane słówka czy wyrażenia w całość itp. itd.). Znalazło się kilka ćwiczeń „przemycających” gramatykę. Chociaż zdecydowana większość z nich była dla mnie bardzo łatwa (to dowodzi, że nie doceniałam siebie, kupując poziom B1, aczkolwiek i tak robiłam błędy :)), był jeden typ ćwiczenia, który bardzo mi się tu nie podoba: Odpowiadania na pytania. Bo wiecie, to jak na maturze… albo traficie w klucz albo nie. Moim zdaniem ten typ jest tu zbędny, lepsze byłoby w tym miejscu coś innego.

Jeśli lubicie czytać i lubicie uczyć się języków obcych poprzez robienie ćwiczeń – myślę, że mogę Wam spokojnie polecić nie tylko tę konkretną pozycję, ale i całą serię. Marzy mi się wydanie książki niemieckojęzycznej właśnie w tej formie. Inne wydawnictwo już wydało kilka książek po angielsku (jak już uporam się z „Sherlockiem Holmesem”, na pewno o tym napiszę! Tylko cierpliwości, zajmie mi to duuużo czasu), a ja bym marzyła o książce niemieckojęzycznej z tymi słówkami, ćwiczeniami itp. Wiecie, coś z klasyki literatury albo jakąś powieść, którą ludzie normalnie czytają i która nie jest króciutkim opowiadaniem, jakby napisano je tylko w celu nauki języka obcego, jak w tym przypadku. Ale cieszmy się z tego, co mamy, a to naprawdę ciekawa metoda nauki. Polecam 8/10

sportjaskier

Spokojnie, nie zamierzam nic recenzować. Ostatnio po opinii o książce Svena Hannawalda wspomniałam Wam, że miałam ochotę obejrzeć skoki narciarskie. Ku mojemu zdziwieniu nie przeszło mi przez cały tydzień i w sobotę pierwszy raz od… 10 (?) lat obejrzałam skoki. Akurat był konkurs drużynowy w Klingenthal. Wiecie, jakie to niesamowite, gdy po tak długiej przerwie wraca się do oglądania tego sportu, a nadal skaczą skoczkowie, których znam? Aż się łezka w oku kręci, jak się przewijają mi znane nazwiska: Kamil Stoch skakał już „za mojego dzieciństwa”, Noriaki Kasai jest już legendą i aż trudno uwierzyć, że on nadal skacze, do dziś pamiętam Simona Ammanna i jego sukces na olimpiadzie a 2002 roku (kto by nie pamiętał Harry’ego Pottera?) i kilku innych. I coś czuję, że wkręcę się w te skoki tak, jak byłam w nie wkręcona kilkanaście lat temu. Nie mówiąc o tym, że muszę je oglądać. W sobotę nie widziałam pierwszych skoków i Polska miała 2 miejsce. Przy drugim skoku wysunęła się na prowadzenie i została na szczycie do samego końca, dziesiąty raz znajdując się na podium w konkursie drużynowym i pierwszy raz zwyciężyli! To znak, że muszę oglądać, te magiczne liczy: dziesięć i jeden… Wczoraj widziałam część pierwszej serii, to dwóch Polaków miało pierwsze dwa miejsca… Nie oglądałam drugiej serii i spadli poza podium. Ja im po prostu przynoszę szczęście, kiedy patrzę! (Tak, wiem, że osiągali sukcesy, kiedy nie patrzyłam na skoki, ale ciii, każdy powód, by je oglądać, jest dobry :))

innejaskier

Niektórzy z Was wiedzą, że uwielbiam oglądać program MasterChef. Ten program zmienił również moje życie, choć nigdy nie wzięłam w nim udziału i nigdy nie wezmę. Wczoraj został wyemitowany finał, do którego zakwalifikowali się: Ania, Magda i Michał. Trzymałam kciuki za Anię, nie tylko dlatego, że była z mojego regionu (zazwyczaj kibicuję tym z moich okolic albo najmłodszym uczestnikom, chyba że zaczną mnie irytować jak np. Bartek w tej edycji), ale również dlatego, że była jedyną osobą w finale, która nie odpadła z programu. Ku mojemu rozczarowaniu Ania odpadła przed samym finałem. I chociaż cieszę się, że z pozostałej dwójki, która kilka odcinków wcześniej wykorzystała zaskakujący powrót do programu, ostatecznie wygrała Magda, to i tak nadal czuję się rozczarowana. I tak, wiem, że Ani nie wyszła jedna rzecz w jej daniu, na co nie można sobie pozwolić w finale, ale i tak smutno mi, że to nie jej twarz zdobi nową książkę kucharską. Swoją drogą na okładce Magdy brakuje mi wianka czy opaski, które nosiła przez cały program, hmm…

Trochę się rozpisałam, ale póki mam wenę, nie będę się ograniczać, a co :) Przynajmniej do czegoś mam wenę :)

Reklamy

2 thoughts on “#48/2016

  1. Ania

    Jestem głupia bo nie wiedziałam o co chodzi z tytułem postu :(
    Mnie album Demi się nie podobał. Jedynie „Stone Cold” jest „jakieś” i bardzo je lubię.
    Jak byłam młodsza to uwielbiałam oglądać skoki. Teraz ta dyscyplina raczej mnie nudzi, ale nadal mam do niej olbrzymi sentyment.

    Pozdrawiam, Namuzowani

    Odpowiedz
  2. Rbl fleur (Rblfleur)

    Ciesz się, że masz wenę, bo ja kompletnie jej nie czuję… i ciężko zabrać jest mi się do pisania. Krążka Demi już kompletnie nie pamiętam. Parę piosenek mi się podobało, ale niestety szybko się znudziły. Ona ma głos, ale mnie akurat jej osoba odrzuca. To ciągłe jej narzekanie na to życie jest odpychające. Co do aplikacji, to mnie nią zainteresowałaś. Co prawda ja na smarfonie za dużo nie siedzę, ale chyba mi się przyda :)

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s