I-III/2017

Ostatnio w końcu udało mi się napisać relację z koncertu. Postanowiłam się dziś zmobilizować i w końcu podzielić się z Wami tym, co przeczytałam w tym roku. Miłej lektury! :)

Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zrobić post o filmach :)

ksiazkijaskier

Jus Accardo „Dotyk”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Znacie powiedzenie: co się zobaczyło, już nie się nie odzobaczy? Oczywiście, że znacie. Niestety w przypadku tej książki muszę powiedzieć: co się przeczytało, już się nie odczyta… Niestety…

Nie wiem, dlaczego sięgnęłam po tę niezwykle „interesującą” lekturę. Chyba skłoniła mnie do tego kiedyś jakaś pozytywna opinia, którą gdzieś przeczytałam, ale nie pamiętam (i nie chcę pamiętać) gdzie. Początek był przeciętny, ale dałam szansę, ponieważ wiele książek zaczyna się przeciętnie, a potem robi się coraz ciekawiej i ostateczny wynik jest na plus. Niestety… tutaj jest zupełnie odwrotnie. Im bliżej końca, tym bardziej byłam zażenowana tym, co czytam. W niektórych momentach miałam wypisane WTF na twarzy i skończyłam tę książkę tylko dlatego, że dość szybko się ją czyta. No i że nie lubię porzucać książek w trakcie czytania.

Ta książka to dno. Co więcej, to takie g…, jakiego dawno nie czytałam. Podejrzewam, że 10 lat temu mogłaby mi się spodobać, ale wyrosłam z czegoś takiego. Chociaż nie przepadam za „Zmierzchem”, wolałabym przeczytać jeszcze raz całą sagę niż kiedykolwiek ponownie sięgnąć po „Dotyk” czy broń Boże, kontynuację tego dzieła. A Wam odradzam. Szkoda czasu, naprawdę. I wiem, że są pozytywne opinie na temat tej książki, ale dobrze Wam radzę: Trzymajcie się od niej z daleka. Jakby było mało, to w tej książce pojawiły się takie błędy i literówki, jakby tekst nigdy nie poznał Worda, nie mówiąc o korekcie (która podobno była). 2/10

W książce pojawiło się zdanie: „Autor scenariusza zasługuje, żeby go wyrzucić na bruk.” Ehm… ehm… raczej autor(ka) tej książki…

Richelle Mead „Georgina Kincaid”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Georgina Kincaid nie jest tytułem książki, a serii o sukubie, rozpoczynającym się od „Melancholia sukuba”. Już od dawna chciałam wrócić do tej serii i w końcu mi się udało – jest to jedna z moich ulubionych serii. Częściowo dlatego, że głównymi bohaterami są istoty nadprzyrodzone i co więcej takie, które nie pojawiają się aż tak często w literaturze (znaczy się, ja się z nimi nie spotykam aż tak często). Owszem, mamy tu wampiry (postacie drugoplanowe, przyjaciele głównej bohaterki i spokojnie: nie mogą wychodzić na światło słoneczne, nie błyszczą na słońcu itp.) oraz anioły (z czego tylko jeden pojawia się regularnie). Poza tym pojawiają się tu oczywiście sukuby (w końcu główna bohaterka nim jest), inkub, demony, diabliki, nefilimy i inne. Seria składa się z 6 części i każda opowiada o pewnej (nadprzyrodzonej) sprawie, którą próbuje rozwiązać Georgina. Co więcej części łączą się ze sobą tworząc całość z zaskakującym i wzruszającym zakończeniem. W każdym razie mnie za pierwszym razem zaskoczyło. Lubię wracać do tej serii, nie tylko czyta się ją lekko i przyjemnie, główna bohaterka i jej przyjaciele wzbudzają sympatię, do tego jest wiele zabawnych momentów. Dlatego cieszę się, że całość stoi na mojej półce i mogę po nią sięgnąć za każdym razem, kiedy mam na to ochotę.  8/10 

Jeśli lubicie takie tematy, gorąco polecam Wam tę serię. Jeśli nazwisko autorki wydaje Wam się znajome, a może, bo najbardziej znana jest z serii „Akademia Wampirów” – i co więcej, czytaliście tę serię i stwierdziliście, że jest ok, również Wam polecam. Paradoksalnie „Melancholia sukuba” jest debiutem autorki, a osobiście uważam, że jest lepsza od pozostałych jej dzieł, seria o sukubie znacznie przebija zarówno „Akademię Wampirów”, jak i lepsze „Kroniki Krwi”.

“Wszyscy mamy chwile słabości. Tak naprawdę liczy się to, jak sobie z nimi radzimy później.”

David Lagercrantz „Co nas nie zabije”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Jestem pewna, że jeśli choć trochę interesujecie się literaturą, słyszeliście o tej książce. Ja sama pisałam już tu na blogu o serii Millennium autorstwa Stiega Larssona, jednej z moich ulubionych serii – trylogia choć jest gruba jak diabli, czyta się ją z przyjemnością. Naprawdę, żałuję, że Stieg nie dożył sukcesu swoich książek oraz nie możemy przeczytać kontynuacji napisanych przez niego (podobno planował 10 części).

Jako że Millennium osiągnęło ogromny sukces, znaleźli się tacy, którzy chcieliby zarobić na niej jeszcze więcej. Do tych ludzi należy rodzina Stiega, wydawnictwo, sam Lagercrantz – chociaż w przypadku autora nie mam pewności, co było najważniejsze: chęć zysku, sława czy może chciał jednak złożyć hołd Stiegowi? Mniejsza o to. Wiadomo tylko tyle, że David musiał całą historię wymyślić od początku do końca, nie korzystając z notatek Stiega, które do dziś posiada jego partnerka. Słyszałam, że ona nawet chciała dokończyć serię za Stiega, ale jako że nie była jego żoną, nie ma do tego prawa, a ojciec i brat Stiega, którzy posiadają wszystkie prawa, jej na to nie pozwolili. Nic tylko podusić tych żądnych zysków kretynów. Ok, zostawmy to i przejdźmy do książki.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to budowa książki: David starał się wiernie odwzorować styl poprzednich części, więc przeglądając książkę (podział na części, rozdziały, informacje przed częściami) mamy wrażenie, jakby było to napisane przez tego samego autora. Również sama zawartość jest zbudowana podobnie, bardzo zainspirowana trylogią, dlatego sprawiło to, że „Co nas nie zabije” czytało się z przyjemnością, historia wciągała i dość szybko uporałam się z zawartością, chociaż jest to dość gruba część. Niestety tej części daleko od ideału, widać, że jednak została napisana przez kogoś innego, np. w przypadku głównej pary bohaterów Mikaela i Lisbeth. To już nie te same postacie, o ile w drobne zmiany Mikaela bym uwierzyła, to jednak Lisbeth… była zbyt inna. Zbyt ludzka, jakby autor nie do końca był w stanie zrozumieć i wczuć się w postać. Co do samej fabuły, wszystko w miarę ok, dopóki nie docieramy do końcówki. Ta seria tak ma, że w końcówce wszystko dzieje się szybciej, niż w reszcie książki, ale tutaj… dzieje się to aż za szybko. Spokojnie można by tę końcówkę jeszcze trochę bardziej rozpisać.

Bałam się tej części. Wahałam się czy ją kupić, co ostatecznie zrobiłam na Targach Książki i właściwie nie żałuję. Chociaż daleko jej do trylogii, nie jest źle. Czyta się ją z zainteresowaniem i jeśli potraktować ją jako fanfiction, jest to dobre fanfiction. Dlatego teraz ze spokojem oczekuję kolejnej części, która wyjdzie w tym roku i myślę, że David może stworzyć coś ciekawego.  7/10

„Czyż życie nie jest piękne dzięki temu, że od czasu do czasu potrafi nas zaskoczyć?”

W. Bruce Cameron „Był sobie pies”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Przeczytałam tę książkę przede wszystkim dlatego, że byłam na filmie w kinie i przypadł mi do gustu. Wiecie, coś innego, historia o psie, który przeżywa kilka wcieleń i zastanawia się nad sensem życia. Byłam ciekawa, jak wcielenia zostały opisane w książce. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że książka a film mają ze sobą nie wiele wspólnego. Tak naprawdę jedno, co się zgadza to główny wątek z Ethanem, reszta została w filmie pominięta, albo bardzo, bardzo zmieniona. Właściwie o tyle jest to fajne, że jak ktoś przeczytał książkę, może spokojnie obejrzeć film i zostać zaskoczonym (oraz w drugą stronę).

Niestety najbardziej nie podoba mi się język tej książki. Jasne, autor starał się wczuć w psa, wprowadzając infantylny język, jakim mogą posługiwać się dzieci oraz jego zdaniem pies. Przez to, po przeczytaniu pierwszego zdania poważnie zastanawiałam się nad tym, czy warto czytać tę książkę: „Pewnego dnia dotarło do mnie, że te ciepłe, piskliwe kulki smrodku tarzające się dookoła mnie to moi bracia i siostry.” – czy tylko moim zdaniem brzmi to okropnie? Brrr. Później jest trochę lepiej, ale i tak pojawiają się takie sformułowania, które psuły mi przyjemność czytania. Prawdę mówiąc jest to jeden z przypadków, kiedy zdecydowanie wolę film od książki i dlatego Wam bardziej polecam najpierw zobaczyć film niż zabrać się za czytanie. 6/10

„Porażka nie wchodzi w grę, jeśli jedyne, co trzeba do osiągnięcia sukcesu, to włożenie w coś więcej wysiłku.”

J. K. Rowling „Quidditch przed wieki”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Przez lata ta książka była wręcz nieosiągalna dla Potteromaniaków. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego musiało minąć aż 15 lat, żeby ją wznowiono! Na szczęście w końcu do tego doszło i pojawiły się piękne wydania „Qudditchu przez wieki”, „Baśni Barda Beedle’a” oraz „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć”. Ostatnio stałam się szczęśliwą posiadaczką pierwszych dwóch książek (trzecią mam od jakiegoś czasu, pierwsze wydanie). I prawie od razu po zakupie zaczytałam się w „Quidditchu…”, którego do tej pory nie miałam okazji przeczytać.

Oczywiście książka jest skierowana do Pottermaniaków. Inni nie mają czego w niej szukać. Całość się skupia na grze czarodziejów, opowiadając pokrótce historię gry, jak ewoluowała, jakie faule się zdarzały (oczywiście powtórzono tu te rzeczy, które pojawiły się w głównej serii o Harrym), zostały wymienione drużyny (nawet wspomniano o polskich Goblinach z Grodziska) i różne ciekawostki. Czyta się szybko, w nowym wydaniu zawarto wiele ilustracji, mnie się podoba, aczkolwiek nie obraziłabym się, gdyby było w niej więcej informacji :) 8/10

Patsy Brooks „Zakochane kundle”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Kiedy byłam na wymianie książek podczas targów w Katowicach zależało mi na pozbyciu się „Zmierzchu” i właściwie było mi (prawie) jedno, co biorę w zamian za to. Jako, że kiedyś zaczytywałam się w serii „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”, z chęcią zajrzałam do tej młodzieżówki.

Oczywiście nie miałam wygórowanych oczekiwań: Jak każda książka z tej serii to krótkie romansidło, które dobrze się czytało (na pewno o wiele lepiej od „Zmierzchu”). Oczywiście całość była przewidywalna, ale nie umniejszało to przyjemności z lektury. Do tego porusza kilka tematów, nie tylko miłości czy przyjaźni, ale i wegetarianizmu czy konkurencji (na przykładzie wyprowadzania psów :)). Jak ktoś potrzebuje czegoś niewymagającego na jeden wieczór, warto sięgnąć po tę pozycję. 7/10

Sabine Zett „Geniusz Kuba”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Również i tę pozycję mam z wymiany. Niestety ta książka strasznie mnie wymęczyła. Rozumiem, że jest to pozycja dla dzieci 10+. Że opowiada historię Kuby (i w ramach ciekawostki, w niemieckim oryginale bohater nazywa się Hugo :)), który ma 10 czy 11 lat, czyli jest jeszcze dzieciakiem, który wkrótce wejdzie w okres dojrzewania, niby dziewczyny go nie interesują, całowanie go obrzydza itp., ale o rok starsza dziewczyna jednak wpadła mu w oko. Kuba to chłopak, który żyje wyobrażeniami, wydaje mu się, że będzie wielkim sportowcem i że… nie musi trenować, żeby nim zostać. Ogółem taki głupi dzieciak, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy i tym mnie strasznie irytował. Zmieniło się to pod koniec książki, bo ostatnie kilkadziesiąt stron było na tyle ciekawych, że cieszyłam się, że jednak doczytałam to do końca (a zastanawiałam się czy nie rzucić tego w połowie). Co więcej, zakończenie sprawiło, że ta historia wydaje mi się urocza.

Nigdy nie byłam chłopcem i wiem, że jest stereotyp, że mali chłopcy są debilami i dorastają później niż dziewczyny. Ta książka tylko powiela ten stereotyp. Naprawdę, nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z moich kolegów, w wieku ok. 10 lat byli takimi idiotami z sianem w głowie zamiast mózgu, jak Kuba. Nawet najgłupsi z nich wydają mi się mądrzejsi od Kuby. Oczywiście tu mam na myśli kolegów, których znałam już jako dziecko :)

No ale z drugiej strony nie interesowałam się wtedy chłopakami i nie siedziałam im w mózgach, więc… kto wie. Może inaczej spojrzałabym na tę książkę, gdyby napisał ją facet. A póki co… nie czytajcie tego. Szkoda czasu. 5/10

Teraz jeszcze kilka słów o tym, co warto przeczytać, a co książką nie jest.

Nie wiem, czy kiedykolwiek o tym pisałam, ale swoje FanFiction „Isabella Potter” publikuję również na Wattpad.com. Jest to miejsce idealne do publikacji właśnie FanFiction czy innych książek. O ile do tej pory głównie tam publikowałam, w końcu zaczęłam też czytać. Jeśli macie ochotę na (zazwyczaj) lekkie opowiadania o skoczkach narciarskich czy bohaterach z cyklu „Harry Potter”, zajrzyjcie do list lektury („czytam” oraz „przeczytane”) na moim profilu. Może coś Was zainteresuje i przypadnie Wam do gustu :)

Na koniec polecam Wam kilka artykułów, które poznałam dzięki Pocket :)

How I Tricked Myself Into Reading More Books
You probably know to ask yourself, “What do I want?” Here’s a way better question
How to escape the overthinking trap: stop judging yourself
5 Ways to Know If It’s Time to Quit Your Job
Sleep your way to new year’s resolution success
How much can an extra hour’s sleep change you?
Shouldn’t You Just Go to Bed Already?
I trained myself to be less busy — and it dramatically improved my life
7 bad science and health ideas that should die with 2016

Mam nadzieję, że coś Was zainteresowało :) A ja postaram się wkrótce napisać podobny post, ale z filmami i że już kolejne nie będą podsumowaniami 3 miesięcy, tylko będą pojawiać się częściej :)

Reklamy

2 thoughts on “I-III/2017

  1. Psotka

    Na tyle książek co czytam z tych nie przeczytałam żadnej, ale większość znam i posiadam – czeka na swoją kolej. Gdyby jeszcze mieć czasu więcej na czytanie to była bym w siódmym niebie. Chociaż i tak nie narzekam. Stan aktualny na dzisiejszy dzień to 38 przeczytanych książek. Mogę być zadowolona – chyba :D

    Odpowiedz
    1. Inna_odInnych Autor wpisu

      Nie narzekaj, ja póki co przeczytałam 14 i się z tego cieszę :P Chociaż jakby do tego dodać fanfiction z wattpada, to mogłabym doliczyć 2 książki + jestem w trakcie 10 innych :D A Pocket pod koniec roku „mnie podsumuje” :D
      Dzięki za komentarz :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s